sobota, 17 stycznia 2015

The Hobbit: The Battle of the five Armies

The Hobbit: The Battle of the five Armies


Rok: 2014.
Czas trwania: 144 minuty.
Reżyseria: 


Jeden z plakatów promocyjnych (źródło).
Druga trylogia przedstawiająca losy Śródziemia wzbudzała kontrowersja, odkąd tylko ogłoszono, że Peter Jackson zamierza w takiej właśnie formie przenieść na duży ekran kolejną powieść Tolkiena: "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Powodem owych kontrowersji była przede wszystkim forma. "Hobbit" jest powieścią krótką, zatem zaadaptowanie jej na trzy filmy zakrawało na śmieszność lub katastrofę.
Pierwszy film z tej serii, "Hobbit: niezwykła podróż" absolutnie mnie zachwycił. Drugi ("Hobbit: pustkowie Smauga") zachwytu już u mnie nie wywołał. Pozostał jeszcze film trzeci, "Hobbit: bitwa pięciu armii". Jak przez ostatnie dwa lata, wybrałam się do kina sporo po premierze, tym razem wyjątkowo unikając niemal wszystkich spoilerów (zupełnie jakby fandomowa część Internetu zapomniała o ostatniej części trylogii). Mając na uwadze moje rozczarowanie drugim filmem, nie nastawiałam się na rewelację. Wątpiłam, że Jacksonowe Śródziemie jeszcze czymś mnie zaskoczy. I prawdę powiedziawszy... pomyliłam się.

"Pustkowie Smauga" zakończyło się cliffhangerem: oto wściekły smok przymierza się do zaatakowania Miasta na Jeziorze. Analogia do "Dwóch Wież" nasuwa się sama; środkowa część trylogii "Władca Pierścieni" zakończyła się bowiem sceną wprowadzenia Froda i Sama do jaskini Szeloby przez podstępnego Golluma. O ile jednak walka z pająkami nie znajduje się w ścisłej końcówce przygód Powiernika Pierścienia, tak zniszczenie miasta jedynie poprzedza tytułową Bitwę Pięciu Armii. Po niej następują pożegnania i powrót Bilba do Shire.
Bitwa w żadnym razie nie zajmuje dużej części książki. Można zatem zadać sobie pytanie, jakiej grubości był scenariusz filmu. Interakcji między postaciami jest niewiele w porównaniu do części poprzednich. Akcji mamy za to pod dostatkiem, a co ważniejsze podana jest ona w sposób, który nie pozostawia widza z wrażeniem, że oglądany film przemknął mu przed oczami - a takie, niestety, miałam po obejrzeniu "Pustkowia".

Film rozpoczyna, jakże by inaczej, atak Smauga na miasto. Strach, ucieczka, ogólne zamieszanie (zgrabnie połączone z lekcją mówiącą, iż chciwość nie popłaca), i w końcu desperacka walka Barda ze smokiem. Walkę obowiązkowo przyprawiono sporą dawką dramatyzmu.
Smaug wypadł, moim zdaniem, rewelacyjnie. Szczęśliwie, twórcy nie ograniczyli jego występu w tej części do samego zniszczenia miasta; nim zginął, zdążył jeszcze pokpić sobie z Barda. I co najważniejsze, tym razem nie odniosłam wrażenia, że stworzenie Smauga pochłonęło większość budżetu filmu. Od strony wizualnej "Bitwa" prezentuje się bardzo dobrze, twórcy nie uraczyli widzów wpadką w rodzaju komputerowo wygenerowanego konia (scena z końcówki drugiej części, efekt komputerowy był fatalny). Mamy za to piękne krajobrazy, niesamowicie przedstawione przestrzenie Ereboru i ładnie dopracowane w szczegółach miasto Dale. A także smaczki w rodzaju przerażająco zdeformowanych trolli, służących armii orków za coś w rodzaju machin wojennych.
Zadbano również o połączenie dwóch trylogii. "Hobbit" przestał być osobną sagą, stał się zaś wstępem do "Władcy Pierścieni": ostatnia scena z Bilbem jest jednocześnie pierwszą, w której widzimy (czy raczej słyszymy) go w "Drużynie Pierścienia". Podobną rolę pełni również dodana przez Jacksona walka w Dol Guldur, kiedy to najważniejsze istoty w Śródziemiu dowiadują się, iż Sauron zdołał jednak przetrwać, a także scena, w której Legolas, za radą ojca, decyduje się odszukać młodego Strażnika, zwanego Obieżyświatem. Przyznaję, że ta druga scena wywołała we mnie mieszane uczucia - w tamtym okresie Aragorn powinien mieć (według kanonu) 10 lat, i najwyraźniej jest tak genialny, że otrzymał przydomek, który znany jest nawet królowi Mrocznej Puszczy. Trochę to naciągane, aczkolwiek logiczne, jeśli szukamy jak najlepszego sposobu na połączenie postaci "młodego Strażnika" i "Obieżyświata", którego Frodo i hobbici spotkali Pod Rozbrykanym Kucykiem. Widz po pewnym czasie dowiaduje się, że ów Strażnik nosi imię "Aragorn".
Jeśli zaś chodzi o aktorów, sądzę że na największe wyróżnienie zasługuje Martin Freeman w roli Bilba. Jego mimika była, moim zdaniem, doskonała; bez słów oddał to, co chodziło Bilbowi po głowie.

Najgorszego aktora wskazać nie umiem, acz mam kilka zastrzeżeń co do postaci, którą grał Orlando Bloom. Faktem jest, że Legolas w końcu dostał charakter. Trzeba było do tego dwóch trylogii, ale udało się, i w efekcie zaprezentował on więcej osobowości, niż w poprzednich filmach razem wziętych (o jego roli we "Władcy" żartuje się, że ogranicza się ona do robienia głupich min w tle). W "Bitwie" charakter był, ale dodatkowo była też śmiesznie duża ilość dziwnych akcji z udziałem tej postaci. Przy locie na nietoperzu, sterowaniu trollem i skakaniu po spadających kamieniach, niczym Mario, jego słynny zjazd na tarczy w "Dwóch Wieżach" wypada wyjątkowo normalnie. Nie wspominając o tym, że wygląd Legolasa był zwyczajnie kiepski, i to głównie dzięki bardzo jasnym szkłom kontaktowym, które nosił aktor. Wyglądało to po prostu sztucznie.
Jeśli zaś chodzi o ogólne wady filmu, muszę powiedzieć, że naprawdę miło by było, gdyby Jackson obejrzał swoje dzieło przed pokazaniem go publicznie. Dziury w warstwie logicznej zdarzają się może rzadko, ale jeśli już są, to ich rozmiar dorównuje wielkością tunelom rytym przez Robakołaki - które, dodajmy, ograniczyły się jedynie do wykopania dziur i zasiania zamętu, a potem zniknęły, i nie wiadomo, co się z nimi stało. Nie wiemy też, dlaczego zniknęły, ani dlaczego nie podkopały się bliżej. Owszem, są to pytania w rodzaju "dlaczego Orły nie zaniosły Pierścienia do Mordoru" - jednak o ile na to odpowiedź znamy (są to Orły Manwego, a nie byle ptaki), tak o tutaj jawi się jedna wielka pustka. Druga rzecz: skąd na polu bitwy wzięły się kozice, na których Thorin i jego towarzysze pojechali szukać Azoga? Zwierzęta zjawiły się jakby znikąd - wniosek zatem, iż w tym miejscu film został ucięty, i odpowiedź poznamy w wersji rozszerzonej. W porządku, ale czy nie można było zrobić tego cięcia w bardziej dyskretny sposób? Widz nie powinien mieć poczucia, że ogląda "wersję podstawową", do której trzeba będzie dokupić dodatkowe wyposażenie. Film powinien być kompletny, niezależnie od wersji.
Dzięki cięciom zabrakło też bardzo ważnej (w powieści) informacji, czy Bard został królem Dale. A co więcej "Bitwa" powieliła ulubiony chyba motyw twórców, polegający na przedstawieniu rasy ludzi jako bandy biednych i głodnych kobiet, dzieci i starców. Zero żołnierzy, masa ludzi z przypadku, często nieumiejących prawidłowo trzymać miecza.
Nie podobała mi się również scena, w której Thorin miał majaki, chodząc po złotej podłodze. Co prawda przesuwający się pod jego stopami cień Smauga był bardzo dobrym elementem, ale całość wyglądała bardzo nieoryginalnie, i w dodatku tanio.
Moje wątpliwości wzbudziła też manifestacja mocy Galadrieli. W "Drużynie Pierścienia" zachowała się bardzo podobnie - jednak stało się to w obliczu Pierścienia i (prawdopodobnie) pod jego wpływem (w końcu elfka pożądała go). Jaki był jednak cel zamiany królowej elfów w Samarę z "The Ring" teraz? Moim zdaniem nasunąć może to wniosek, iż Galadriela w gruncie rzeczy nie jest postacią dobrą (co wypada ciekawie, gdy zestawimy ją i Sarumana, który w tej trylogii zachowuje się jak postać jednoznacznie dobra).

Mimo tych kilku wad, "Bitwę pięciu armii" uważam za film udany. Wiem jednak, że trylogia "Hobbit" zawsze będzie przedmiotem sporów w fandomie. Szczególnie, że wcale nie musiała być trylogią. Nie musiała też traktować niepoważnie krasnoludów (acz jestem zdania, że Dain Żelazna Stopa był fenomenalny), nie musiała wprowadzać wątku miłosnego między krasnoludem i elfką (osobiście uwielbiam postać Tauriel, a motyw romansu uważam za ciekawy. Zgadzam się, że nie był konieczny, uważam jednak, że w ciekawy sposób prezentuje różnice pokoleniowe. W końcu Thorin i Thranduil prędzej wtrąciliby się nawzajem do lochu, niż choćby porozmawiali bez sprzeczek).
Film uważam za dobry. Świetnie łączy obie trylogie, pięknie też rozwija kilka dość istotnych rzeczy, o których książka jedynie wspomniała - żeby wymienić chociażby śmierć Thorina i jego siostrzeńców. Ciekawie rozwinięto też postać Azoga, który, jak na orka, okazał się niezwykle wręcz inteligentny.

Z jednej strony żałuję, że było to prawdopodobnie ostatnie filmowe spotkanie ze Śródziemiem. Z drugiej zaś, cieszę się. "Silmarillion" nie jest, moim zdaniem, dobrym materiałem na filmową ekranizację.
Całej trylogii "Hobbit" przyznałabym punktów 7/10. Ostatecznie nie była tragiczna, choć w porównaniu z "Władcą Pierścieni" wypada znacznie gorzej. Przede wszystkim nie wzbudza takich emocji. Czy powodem jest kolejne podejście do tego samego tematu, czy też inna technika kręcenia (więcej zielonego ekranu niż faktycznej scenografii), to już problem do rozważenia przy innej okazji.

4 komentarze:

  1. "Jeśli zaś chodzi o ogólne wady filmu, muszę powiedzieć, że naprawdę miło by było, gdyby Jackson obejrzał swoje działo przed pokazaniem go publicznie." - "dzieło", literówka i "Dzięki cięciom zabrakło też bardzo ważnej (w powieści) informacji, czy Bardzo został królem Dale." - "Bard".
    A tak to z recenzją mogę się zgodzić. Wiadomo, że Hobbit nie dorówna LOTR, chociażby z tego tytułu, że LOTR jest materiałem dla nieco starszego czytelnika/widza, a przez to mamy mnóstwo mrocznych, a nie baśniowych scen. Hobbit ma również swoje wady (zwłaszcza te wersje kinowe, bo rozszerzone poprawiają sporo rzeczy), ale mimo wszystko jest dobrym fanfiction. Żałuję jedynie, że zabrakło kilka rzeczy, na jakie liczyłam. Ale dla mnie to wciąż dobra rozrywka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Działo" to jeszcze mogę się domyślić, skąd się wzięło, ale jakim cudem "Bardzo"? Dzięki za wyłapanie.
      Ano widzisz, tylko sęk w tym, że nie powinno być tak, że dostajesz pocięte byle co w kinie, a jak chcesz dobry film, to musisz kupić wydanie rozszerzone - ono powinno uzupełniać to, co się obejrzało, a nie dostarczać tej rozrywki, której zabrakło. Poza tym jeśli kogoś rozczarowała wersja z kina, to i tak nie kupi DVD. Nie chcę, żeby filmy szły w takim kierunku.
      Jackson nie powinien w ogóle zakładać, ż przebije LOTR - bo nie przebije. To było dzieło życia, czy tego chce czy nie.

      Usuń
    2. No niestety, to jest właśnie kiepska zachęta do kupowania DVD. Ja wydania rozszerzone traktuję jako "must have" i wciąż czaję się na jakąś dobrą okazję z LOTR. Ale to jednak jest racja - bo widziałam wiele opinii w stylu, że nie będę wydawać 100 zł dla kilku scenek. Po prostu byli ludzie na tyle rozczarowani, że nie chcieli nawet o tym słyszeć.

      No tak, a tu wychodzi, że PJ to chyba chciał się bić sam ze sobą, jeśli chodzi o "prześciganie" się z LOTR.

      Usuń
    3. O właśnie: dla kilku scenek. A dla porównania weź "Dwie Wieże", które (i ile mnie pamięć nie myli) mają ponad 20 minut dodatkowych scen. Podobnie zresztą jest z pozostałymi filmami z pierwszej trylogii, tj. mnóstwo dodatkowych minut, a wersja "podstawowa" nie wydaje się przy tym pocięta. Jakby... Jackson powinien się uczyć sam od siebie?

      Usuń