Dzień 31 października, znany (miejmy nadzieję) jako Halloween to dzień, który lepiej niż jakikolwiek inny ukazuje moc, jaką posiada reklama. Bez wątpienia lepiej, ponieważ mamy tu do czynienia ze świętem, które nijak nie pasuje do tradycji polskiej (warto podkreślić: polskiej, nie konkretnie katolickiej), a które specjaliści od marketingu od lat starają się przeforsować jako konieczne. Do czego konieczne, tego już, niestety, nikt wyjaśnić nie próbował. A szkoda, bo w sumie dobrze by było wiedzieć, z czym powinno się to święto jeść.
Największym problemem związanym z obecnością Halloween w polskiej kulturze - czy raczej z próbami zakorzenienia go w polskiej kulturze - jest kompletny brak relacji między nim a wydarzeniami, które następują w kolejnych dwóch dniach. Mamy zatem radosne przebieranie się za straszydła, imprezowanie i zbieranie słodyczy, konkurujące z dniem Wszystkich Świętych i Zaduszkami, które z racji polskiego podejścia do tematyki śmierci obchodzone są w nastroju zupełnie innym. (Tutaj pozwolę sobie przemilczeć sytuacje nerwowe z rodzaju tych, które miało miejsce na cmentarzu bródnowskim w Warszawie). Jakby to ująć poetycko, Polska to nie Meksyk. Dzień Wszystkich Świętych nie jest tu obchodzony w nastroju radosnym, a w refleksyjnym - innymi słowy, nastroje 31 października i 1 listopada (jeśli weźmiemy poprawkę na obecność Halloween w kalendarzu) diametralnie się różnią.
Brak połączenia, nagła zmiana klimatu, która zdecydowanie nie sprzyja obchodom ani wydarzenia importowanego ani wydarzenia rodzimego, powinny jednoznacznie zdyskwalifikować Halloween. Bądź co bądź, zostało ono do Polski sprowadzone, podobnie jak Walentynki (które mimo wszystko mają tę przewagę, że nie wypadają w bezpośrednim sąsiedztwie żadnego tradycyjnie polskiego święta), a zatem to ono powinno zostać dostosowane do warunków polskich, nie warunki do zasad Halloween.
To oczywiście tylko teoretyzowanie. W końcu nie powinno się zabraniać ludziom spędzać czas w taki sposób, w jaki chcą. Ten, kto ma ochotę na imprezę z okazji Halloween, tak czy inaczej na nią pójdzie, a żadne nakłanianie do refleksji czy straszenie diabłem, który nie zna się na żartach, nie zrobi na nim wrażenia. Mimo to wskazane by było odwołanie się do logiki i poświęcenie kilku chwil na zastanowienie się nad tematem Halloween.
O ile chęć zabawy we własnym gronie jest jak najbardziej zrozumiała (standardowa impreza w klimacie, z przebraniami i strasznymi dekoracjami), o tyle chodzenie po domach i domaganie się cukierków wydaje się być kompletnym nieporozumieniem. Święto jest, jak już powiedziano, importowane, dlatego oczekiwanie, że przypadkowi Polacy będą radośnie wyczekiwać przebierańców jest wręcz śmieszne. Szczególnie w przypadku osób starszych, które zdecydowanie nie będą w temacie, oraz tej części społeczeństwa, która nie lubi Halloween z zasady. Oczywiście, żyjemy w wolnym kraju. Ale nie oznacza to, że każdy ma prawo do zmuszania innych, by uczestniczyli w jego prywatnej zabawie. W Stanach chodzenie po domach w Halloween jest normalne, a ludzie są na nie przygotowani. Jak długa jest jednak tradycja Halloween w Ameryce, a jaka jest u nas? No właśnie.
Pozostaje również kwestia naszego rodzimego święta wypadającego pod koniec listopada: Andrzejek. Jak zostało wspomniane na początku, reklama ma moc. Media byłyby więc w stanie wypromować Andrzejki jako ciekawe wydarzenie, w podobnym klimacie jak Halloween (acz bez cukierków). Co więcej, byłoby to święto rodzime, które nie łączy się z ponurym, refleksyjno-żałobnym nastrojem (a zauważmy, że zdecydowana większość obchodzonych w Polsce świąt obchodzona jest w takim właśnie ponuro-poważnym nastroju). Niestety dla miłośników tradycji rodzimych, Andrzejki od początku pozostawały na straconej pozycji względem Halloween. Nie chodzi o sam fakt, że to drugie święto ma atrakcyjniejszą oprawę - nie, bo tę zawsze można dorobić. Chodzi najpewniej o to, kiedy Andrzejki wypadają. 30 listopada, środek "sezonu" na reklamy bożonarodzeniowe. Innymi słowy, psucie gwiazdkowej kampanii tylko po to, by wypromować jakieś pomniejsze święto, na pewno nie weszłoby w grę. Trzeba przecież przekonać masy, by nabyły nowe ozdoby choinkowe (nieważne, że na prawie miesiąc przez Wigilią, nieważne...).
Dzień 31 października jest dniem kontrowersyjnym. I najpewniej pozostanie taki do czasu, aż społeczeństwo zdecyduje, co i jak chciałoby obchodzić. Czy wypada namawiać dzieciaki do łażenia po domach? Czy trzeba zabraniać wszystkim zabawy z powodu święta wypadającego dzień później? Niezależnie jednak od tego, co zdecyduje naród, reklamodawcy i tak zapewne będą zarzucać nas okolicznościowymi gadżetami po zaiste atrakcyjnych cenach. W końcu "jakość" i to, że co"nie wypada" to koncepty przereklamowane.
A mówiąc o wypadaniu, dosłownie dzień po Zaduszkach niektórzy sprzedawcy postanowili rozpocząć kampanię świąteczną. Boże Narodzenie i to, co się z nim obecnie dzieje, to jednak już temat na osobny wywód.
Powiem tak - trzeba szukać nieco głębiej. Bo z tym nachalnym promowaniem jest tak nie tylko u nas - tak jest w całej Europie, ba, nawet Australijczykom się to nie podoba, bo i takie głosy widziałam ("Tu nie jest Ameryka"). Ogólnie święto jest też u nich sprowadzone przez emigrantów z Irlandii, ale obchodzone od XIX wieku. Troszkę to też jest taki okres, że niemal w każdej kulturze jest obchodzone mniej więcej w tym czasie święto związane ze śmiercią - ale jaka forma, to już jest zależne od kultury. I tu dochodzę do sedna - firmy marketingowe dzięki globalizacji działają na całym świecie. A kultura amerykańska jest wciąż tą dominującą w krajach pierwszego świata, ciągle się tam wszyscy wzorują na Ameryce, stąd i to promowanie Halloween nawet w naszym kraju nad Wisłą. Tyle tylko, że to jest coś, o czym czytałam ostatnio - u nas jest to negatywny odbiór. Coś tam czytamy, na coś tam patrzymy, ale odbiór w większości jest krytyczny, negatywny. Mimo to nie przeszkadza to marketingowcom. I niestety, Andrzejek się tak nie wypromuje - raz, z tego powodu o którym mówisz, a po drugie - to się nie opłaca, bo przecież i tak wszelkiego rodzaju gadżety nie są robione u nas. A która fabryka w Chinach chciałaby się tym zająć? :>
OdpowiedzUsuńJeśli mogę się wtrącić - nie tyle gadżety nie są robione u nas, co po prostu wykorzystuje się rzeczy domowego użytku, typu klucze itp. I to są tak małe duperelki, że fabrykom nawet nie opłaca się produkować tego xD
UsuńMożesz się wtrącić :) Chodziło mi o to po prostu, że te duperele są produkowane głównie w Chinach - a na produkcję czegokolwiek w Chinach też trzeba mieć kasę (mówi się, że obecnie Chiny są chyba najbogatszym krajem na świecie).
UsuńGlobalizacja jest, nachalna promocja też jest, ale właśnie - u nas odbiór Halloween jest w większości negatywny. To po prostu do nas nie pasuje.
UsuńW zasadzie nie mam nic do dodania, bo skupiłaś się akurat na tym aspekcie, który moim zdaniem najbardziej utrudnia uznanie Hallowen za "święto" polskie - to, że następnego dnia mamy Wszystkich Świętych. Już mi tam wisi, że sprzedaje się różne gadżety. Już mi tam wisi, że każde święto starają się skomercjalizować na maksa, jak to się przytrafiło Bożym Narodzeniom. Ale sam fakt, że jednego dnia bawisz się w duchy, a wiele osób nawet w ramach żartów je przywołuje - oczywiście z butelkami pełnego alkoholu, a drugiego idziesz (albo jedziesz) na groby, gdzie wspomina się zmarłych i gdzie atmosfera skłania do przemyśleń... Nie, nie, nie! To już nie jest nawet zabawne, to zupełnie inny krąg kulturowy. Jak wspomniałaś, u nas pierwsze dni listopada mają zupełnie inny charakter, niż w Ameryce. I tego na pewno nie da się zmienić przez sprzedaż tanich kościotrupów, masek wiedźm czy co tam chcesz - trzeba byłoby zmienić mentalność kulturową, a że jest głęboko zakorzeniona (mimo dzisiejszego nurtu akulturyzacji wszelkich wartości), to naprawdę musiałby wydarzyć się "cud", abyśmy uznali Hallowen za prawdziwie święto.
OdpowiedzUsuńI co do chodzenia po domach - rodzice, którzy zgadzają się na to, aby dzieci chodziły po polskich osiedlach, powinni się puknąć w głowę, najlepiej toporem. W Ameryce to jest normalne, więc na pewno tam ktoś pilnuje dzieci, a zresztą wszystko jest porozświetlane przez te wszystkie lampki, więc dzieciom raczej nic złego się nie dzieje. Ale w Polsce takiej tradycji nie ma, więc puszczasz dzieciaka w kompletnych ciemnościach, gdzie może go zaczepić pijany, morderca lub gwałciciel i już nieszczęście gotowe. A jeśli wyjątkowo nic mu się nie stanie, to jaka jest szansa, że dostanie cukierka? Żadna, bo u nas to nie leży w zwyczaju! (a czy mam wspomnieć, że uczy to dzieci myślenia typu "chcę dostać cukierka, bo jak nie, to ci coś zrobię" i potem wyrasta pokolenie "dawaj telefon, albo wpi*rdol").
Uff, trochę się rozpisałam... Nawet fajnie, że stworzyłaś tego bloga, skoro treści ma być więcej, niż na DA. Lubię czytać Twoje wywody, skłaniają do myślenia!
Zacznę od końca, od chodzenia po domach. Bo właśnie to samo pomyślałam, jak w środę 31 października wyganiałam z mojego bloku grupkę dzieciaków. Gdzie są rodzice? Mają pewność, do kogo pukają ich dzieci? Przecież nie wiedzą, kto mieszka w danym mieszkaniu. W Stanach w zabawę angażują się całe społeczności (u nich właśnie społeczności lokalna liczą się najbardziej), ale dzieciaki i tak nie są puszczane same na cukierki. Bardzo często chodzą z opieką, albo z rodzicem albo ze starszym rodzeństwem. Takie mamy czasy i trzeba o tym pamiętać.
UsuńA swoją drogą zastanawiam się, jakie "psikusy" by robiły nasze dzieciaki, jakby nie dostały cukierków. Czy w ogóle o tym myślały.
Nawiązując do pierwszej części Twojego komentarza dodam, że to wywoływanie duchów jest naprawdę chorym pomysłem, wymyślonym przez kogoś bez wyobraźni. Okej, może ja przesadzam, ale ja w duchy wierzę. A ponieważ dobre duchy trafiają do dobrego miejsca (raju czy w co tam kto wierzy, nieważne), to co nam pozostaje do wywołania? Ano właśnie. Już pomijam tu aspekt wiary jako takiej, bo nie każdy jest wierzący - ale zmarłych się nie rusza.
Boże Narodzenie to temat na osobny wywód...
No, w każdym razie, dziękuję bardzo za komentarz :)