wtorek, 14 kwietnia 2015

Ukryte twarze Greya

O "Pięćdziesięciu twarzach Greya" powiedziano już wiele. W ostatnim okresie szczególnie dużo, a to ze względu na premierę długo oczekiwanego filmu, nakręconego na podstawie bestsellerowej powieści E.L. James.
Przyznam, że trochę dziwnie było mi czytać o szale, jaki ogarnął fanów serii, o tysiącach biletów wyprzedanych w Polsce jeszcze przed premierą, oraz o ilości seansów zaplanowanych na Walentynki. Nie było to jednak poczucie dziwności z rodzaju tych absolutnie pozytywnych - a to dlatego, że erotyczna seria E.L. James, mimo swojego statusu bestsellera, jest dla mnie wyjątkowo kłopotliwa.

Być może brzmię teraz jak snobka. Nie zmienia to jednak faktu, iż mam z Greyem naprawdę spory problem. Nie wynika on jednak z gatunku tej powieści (erotyce, zwłaszcza porządnie przedstawionej, mówię zdecydowane tak), ani też z jakiegoś osobistego wywyższania się nad romansami - akurat na ten rodzaj literatury zawsze istniał popyt, a każda epoka posiada swoje powieści romansowe (wiele zalicza się do klasyki literatury). Powodów, dla których na Greya kręcę nosem, jest wiele. Postaram się przedstawić je w dalszej części wpisu.

Powieść "Pięćdziesiąt twarzy Greya" wydana została w 2011 roku. Na polskim rynku ukazała się rok później, szumnie reklamowana jako "bestseller". Owa powieść erotyczna błyskawicznie zdominowała księgarniane półki i witryny, uśmiechała się z plakatów i pierwszych stron gazetek reklamowych. Intensywna promocja opłaciła się, i wkrótce w przeciętnym środku komunikacji publicznej dostrzec było można co najmniej jedną osobę czytającą Greya. Powieść czytano, komentowano, recenzowano, krytykowano - słowem, stała się tematem numer jeden. Nawet jeśli ktoś jej nie czytał, to zapewne o niej słyszał, czy to z mediów czy od znajomych.

Informacja, iż planowany jest film na podstawie książki, w tym przypadku odebrana została w dwojaki sposób: z jednej strony zapewne każdy, kto interesuje się choć trochę kulturą popularną, wiedział, iż w przypadku bestsellerowej powieści film jest jedynie kwestią czasu. Z drugiej jednak strony powstało pytanie: jak z literatury dla dorosłych, której lwią część zajmują sceny seksu, zrobić film do wyświetlania w kinach sieciowych? Rok 2015 udowodnił, że zadanie to jest iście karkołomne. Szczególnie, gdy zamierzamy stworzyć zwykły film producencki.

Kulisy powstania powieści


Moje wątpliwości co do serii o Christianie Greyu nie dotyczą wyłącznie warstwy literackiej. Owszem, jest to książka źle napisana. Zawiera błędy logiczne, nietrafione sformułowania, a język, jakim posługuje się autorka, jest bardzo ubogi. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy jest to pierwsza (i jedyna) źle napisana książka, którą ktoś postanowił wydać? Oczywiście, że nie. Nie jest ani pierwsza, ani też zapewne nie ostatnia (self-publishing ma się dobrze). Poza tym kiedy rozmawia się o "Pięćdziesięciu twarzach Greya", należy pamiętać, iż książka ta początkowo była niczym innym jak fanfikiem, powstałym w ramach udzielania się autorki w fandomie "Zmierzchu" Stephanie Meyer. Fanfik należał do tych z założenia niegrzecznych: wysokie oznaczenie, mnogość scen seksualnych. Wszystko w wykonaniu postaci znanych ze "Zmierzchu", acz dla uproszczenia (przyjętego ogólnie przez tą społeczność) przedstawionych w wersji ludzkiej.
Fanowska praca James osiągnęła zawrotną popularność. Powodem tego był jednak nie doskonały warsztat czy oryginalny pomysł, a niechlubny fakt, iż autorka popełniła jawny plagiat. Niestety, w środowiskach tak specyficznych jak fandomy, pewne rzeczy w żadnym razie się nie ukryją. I tak dzięki pewnej dyskusji możemy się dowiedzieć, iż "Pięćdziesiąt twarzy Greya" jest kopią kilku innych fanfików do "Zmierzchu", między innymi bardzo popularnego "The Submissive", tekstu o tematyce BDSM, osadzonego w uniwersum, w którym wszystkie postacie są ludźmi (tzw. All-Human AU).
Jak można przeczytać w dyskusji, już w tamtym momencie E.L. James udowodniła, że jest doskonałą specjalistką od marketingu. Przede wszystkim zrobiła użytek z istniejących już bardzo popularnych treści. Ponad to jej fanfik (który ostatecznie osiągnął długość 110 rozdziałów) był często aktualizowany, co zapewniło jej obecność na szczycie listy wyszukiwania opowiadań (a tego rodzaju listy domyślnie ustawione są na sortowanie chronologiczne, od najnowszych do najstarszych). Poza tym dużo dała jej opcja dodawania komentarzy: czytelnicy mogli zostawiać je pod każdym rozdziałem z osobna. Mówimy zatem o fanfiku z całą masą rozdziałów, który najpewniej miał pewną ilość stałych czytelników, którzy zostawiali komentarze regularnie, mnóstwo przeciwników, którzy zostawiali opinie niepochlebne (z racji rozpoznania plagiatu), oraz zaliczył sporo wizyt od przypadkowych osób, które zainteresowały liczby (ilość rozdziałów i komentarzy). I to właśnie ten liczbowy potencjał fandomu "Zmierzchu", zarówno w postaci statystyk jej fanfika, jak i ilości zer w kwotach wpłacanych na aukcję, w której wzięła udział społeczność* pchnęła James do profesjonalnej publikacji.

Właśnie w owej drodze do publikacji początek ma mój pierwszy problem z powieścią James. Nie chodzi mi jednak o fakt, iż autorka zaczynała jako fanfikarka, czy też o to, że opublikowała profesjonalnie fanfik. Nie była w tym ani pierwsza, ani też ostatnia. Problematyczny jest jednak sam fanfik, do stworzenia którego posłużyły inne, istniejące wcześniej w tej konkretnej społeczności teksty (dodajmy: teksty popularne). Robienie kariery kosztem cudzej pracy nigdy nie jest dobrze widziane, a zjawisko plagiatu spotyka się z potępieniem. Niestety, przypadki plagiatów i oszustw zwykle nie wychodzą poza obręb społeczności fanowskich. Osób "z zewnątrz" niesnaski fandomowe zwyczajnie nie obchodzą, nie mówiąc już o tym, że ktoś niezwiązany z danym fandomem w żadnym razie nie musi wiedzieć, o co takiej grupie chodzi (bardzo ważną kwestią pozostaje tu znajomość treści, które dana grupa uważa za wartościowe - w tym przypadku są to konkretne fanfiki AH!AU).

Treść i jej prezentacja


Jeśli ktoś pokusiłby się o próbę określenia, o czym opowiada "Pięćdziesiąt twarzy Greya" tylko na podstawie reklam, zapewne uznałby, że jest to kolejny tani romans, może jedynie bardziej pieprzny. Typowa historia w stylu "Kopciuszka", w której dziewczyna w typie "szarej myszki" zwraca uwagę mężczyzny z wyższych sfer. Ten zafascynowany jej urodą (i oczywiście osobowością) postanawia ją zdobyć. Przygoda, romans, potem miłość. W tle zaś słynny już motyw zabaw BDSM. I na takie coś nastawiałam się, gdy sięgałam po powieść. Jednak w miarę czytania, coraz mocniej uświadamiałam sobie, że związek, którego rozwój obserwujemy na kartach powieści, w żadnym razie nie jest romantyczny. Relacja Anastasii Steele i Christiana Greya - wbrew temu, co zapewniały reklamy - jest po prostu toksyczna.
Wchodzenie bez zaproszenia (i bez wiedzy!) do domu drugiej osoby, wciskanie konkretnych drogich prezentów mimo wyraźnej odmowy (i jawnego zakłopotania), czy też sprzedaż samochodu bez wiedzy właścicielki to tylko wierzchołek góry lodowej. Do tego dochodzi jeszcze niesławna umowa, którą Grey przez długi czas proponował Anie (wręcz błagał, by ją podpisała - nawiasem mówiąc, takie zachowanie niezbyt pasuje do człowieka o podobno ogromnej charyzmie). Umowa miała regulować również pozałóżkowe aspekty życia Any, jak chociażby dietę i ćwiczenia, a pojawiła się w chwili, gdy dwójka bohaterów nawet nie była jeszcze oficjalnie parą.
Oliwy do ognia dolewa uporczywie bagatelizowany przez autorkę egoizm Greya. Ujawnia się on w najmniej odpowiednich momentach. Problem antykoncepcji zostaje w całości zrzucony na Anę, gdyż pan Grey nie lubi prezerwatyw. W trakcie omawiania warunków umowy, Grey ostatecznie nie pozwala Anie odmówić jednego z podpunktów, którym odmówić mogła: seksu analnego. Mimo jej wyraźnego "nie" ("to nie moja bajka") mężczyzna decyduje, że jednak to zrobią. Raz, bo on chce. (Co ciekawe, na następujące po tym pytanie Any, czy uprawiał kiedyś seks z mężczyznami, Grey odpowiada: "Nie, to nie moja bajka". W kontekście tej sceny użycie przez niego słów Any wydaje mi się bardzo nie na miejscu**).

Kolejnym problemem jest sposób przedstawienia przez autorkę zabaw BDSM. Na pierwszy rzut oka widać, iż James nie poświęciła czasu na zapoznanie się z tematyką, o której pisze. Przejrzenie źródeł - kluczowe dla dobrego fanfikarza (czytelnik w fandomie też jest wymagający) - zostało pominięte, co z kolei spotkało się z ostrą krytyką środowisk BDSM. Niestety, to co opisane zostało na kartach trzech powieści o Greyu, mocno odbiega od zasad, jakimi kierują się miłośnicy BDSM: "bezpieczny, za zgodą i przy zdrowych zmysłach" (ang. safe, sane and consensual). W przypadku BDSM według Christiana Greya cierpią wszystkie trzy. Jak się okazuje, Ana przez całą pierwszą powieść nie angażuje się w zabawy tylko ze względu na Greya. Sama przyznaje, że tego rodzaju stymulacja nie jest jej potrzebna. Z kolei tego, czego potrzebuje i pragnie, dostać nie może: Anie zależy na bliskości i przytuleniu, a tego, niestety, pan Grey nie robi. Ponad to okazuje się również, iż gdy w grę wchodzą ostrzejsze zabawy, Ana się go boi: boi się, gdyż nie wie, czy w jego ustach słowa "ukarzę cię" oznaczają tym razem odgrywanie scenki z karą, czy faktyczną karę i ból znacznie wyższy od tego, który jest w stanie znieść. Taka sytuacja nie ma prawa mieć miejsca podczas zabawy BDSM. Uczestnicy muszą sobie ufać, wiedzieć na co mogą sobie pozwolić. W żadnym razie nie może być mowy o wyżywaniu się na osobie uległej - a na to, jak dowiadujemy się z końcówki pierwszej powieści, miał ochotę Grey.
Jego egoizm objawia się również podczas seksu. W trzeciej powieści ("Nowe oblicze Greya") znajdziemy scenę zabawy, która ostatecznie doprowadziła Anę do użycia hasła bezpieczeństwa - dodajmy, starego hasła, gdyż nie była sobie w stanie przypomnieć innego. Wszystko dlatego, że jej partner, skupiony tylko na sobie i własnych doznaniach, nie zechciał nawet zwrócić uwagi na jej odczucia. Nie obchodziło go, czy jest jej dobrze. Została po prostu zignorowana.
W tym miejscu należy dodać, iż cały "związek BDSM" Greya i Any odbywa się przede wszystkim na warunkach Greya. Jest to o tyle problematyczne, że Ana, jak wiemy, jest osobą wyjątkowo niedoświadczoną w sprawach łóżkowych. Z perspektywy Christiana największy kłopot stanowił fakt, iż była dziewicą (i chciała to przed nim "zataić"). Z perspektywy zewnętrznego obserwatora, problem leży w braku wiedzy Any - niestety, dziewczyna nie wie nawet, które z łóżkowych zachowań Greya są niedopuszczalne.
Ostatnim godnym uwagi motywem, który pojawił się w powieści, jest strach Any związany z ewentualną ciążą. W drugiej powieści ("Ciemniejsza strona Greya") dziewczyna przeżywa chwile grozy, bojąc się, że zaszła w ciążę. Jej obawy płyną jednak nie z perspektywy konieczności rzucenia szkoły, zrujnowania rozwijającej się kariery zawodowej czy wyrzucenia z domu. Nie. Ana boi się reakcji Greya - mężczyzny, który ponoć żywi ku niej głębsze uczucia. Boi się jego wściekłości.

"To tylko książka!"


Być może analizowanie potencjalnej szkodliwości "Pięćdziesięciu twarzy Greya" nie ma sensu. Mamy przecież do czynienia z powieścią, nie z życiem. Ot, to tylko zwykła książka. W tym miejscu wypadałoby jednak przypomnieć sobie inną "zwykłą książkę", lekką i niewymagającą, acz poprawnie napisaną: "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna. Wśród licznych kontrowersji, które wybuchły wokół powieści, znalazła się również promocja zakłamanego obrazu Opus Dei, wynikła z przekonania części czytelników o słuszności opisu Browna.
Książka, tak jak każde inne medium, potrafi wpłynąć na odbiorcę. W przypadku "Pięćdziesięciu twarzy Greya" wpływ może ograniczyć się do wzbogacenia życia erotycznego pary - i o ile owa para poczyta trochę o BDSM, wszystko będzie w porządku. Powieść James to fikcja literacka, i nie może być w żadnym razie traktowana jak poradnik erotyczny (co nie zmienia faktu, że autorka powinna była doczytać, jak tego rodzaju zabawy wyglądają w praktyce, a nie jedynie zmyślać). Gorzej jednak, gdy sceny z powieści staną się inspiracją dla osób, w których słowniku nie występuje zwrot "za zgodą".

Warto również dodać, iż istnieją mężczyźni, dla których sam fakt, iż kobieta lubi erotykę, stanowi zaproszenie  - do bliższego zapoznania, nagabywania, nalegania... Dzięki intensywnej kampanii promocyjnej, zdecydowana większość ludzi wie, o czym traktuje "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Pomińmy w tym momencie jakość tej powieści. Mamy do czynienia z treściami erotycznymi dla kobiet, które wiele z nich przeczytało i uznało, że im się podobają. Fakt, iż kobieta czyta taką powieść oznacza, iż interesuje się jej zawartością, czyli erotyką. Innymi słowy: oznacza zaproszenie. Tego rodzaju scenariusz został wykorzystany przez twórców serialu "Criminal minds". Zweryfikowało go również życie, jak mogliśmy jakiś czas temu przeczytać na portalach informacyjnych. Niestety hasło "to tylko książka" w niektórych przypadkach jest puste. Na identycznej zasadzie inspirować mogą filmy zawierające bardzo brutalne sceny, o ile tylko trafią na podatny grunt. W zestawieniu z filmem, czyli innym medium, siła oddziaływania książki jest jednak bagatelizowana.

Jasna strona Greya


Zaskakujące, ale takowe też istnieje - i przyczyniła się, moim zdaniem, do kilku całkiem pozytywnych rzeczy. Przede wszystkim postawiła opinię publiczną przed jasnym faktem: kobiety lubią erotykę. Lubią, i się tego nie wstydzą (czytanie powieści James w komunikacji publicznej jest najlepszym dowodem). Opinia publiczna wydawała się tym faktem zaskoczona - w przeciwieństwie do środowisk fandomowych, dla których przedstawicielki płci pięknej zaczytujące się w tekstach +18 to norma.
Popyt kształtuje podaż, a "Pięćdziesiąt twarzy Greya", jak każdy bestseller, błyskawicznie znalazło naśladowców. Na półki księgarniane dumnie wkroczyła "literatura erotyczna", większość której na pierwszy rzut oka wygląda na inspirowaną powieścią James. Jest to sytuacja analogiczna do boomu na young adult fiction ze zwykłymi bohaterkami o niezwykłych mocach, oraz na powieści o wampirach, po premierze "Zmierzchu": półki uginają się pod ciężarem książek o bardzo podobnych okładkach, na których w dodatku można czasem znaleźć odwołania do serii o Greyu. Zdarzają się również "poradniki łóżkowe" inspirowane powieścią. Trzeba przyznać, że sukces jest spektakularny - zwłaszcza jak na fanfik. A fakt, iż autorka była fanfikarzem, w żadnym razie nie powinien być pomijany. Dzięki Greyowi ta konkretna forma twórczości może bowiem zyskać uwagę, na jakąś zasługuje, a co lepsi pisarze - wymarzony debiut. Fandomy pełne są przecież zdolnych ludzi, a twórczość fanowska nie ogranicza się jedynie do  PWP. Jeżeli kiepsko napisany fanfik miał szansę zostać wydany, fanfiki znane o jakości powinny być tym bardziej poważane jako forma sztuki.
Ostatnią i chyba najważniejszą zaletą "Pięćdziesięciu twarzy Greya" jest, moim zdaniem, odkrycie i zaakcentowanie bezsilności współczesnego kina wobec treści erotycznych. Twórcy stanęli przed poważnym dylematem: jak pokazać, a jednocześnie nie pokazać? Jak zrobić film dla dorosłych, który będzie mieścił się w granicach norm, ustalonych przez konkretne ograniczenia wiekowe? Jak w ogóle z powieści zawierającej olbrzymie ilości wyuzdanego seksu zrobić film, który nie będzie czystym porno? I wreszcie: jak zrobić na tym jak największe pieniądze?
Ostatecznie wyszło jak wyszło; widzowie dostali film producencki (nastawiony wyłącznie na zysk) z drętwo grającymi, nie wczuwającymi się w role aktorami (w dodatku kiepsko dobranymi), i mocno okrojonymi scenami erotycznymi. Co więcej, sceny te pozbawione zostały smaczków, które cieszyłyby kobiece oko, jak choćby ładnych ujęć męskiego ciała (przypominam, że docelowo film ten - jak i książka - skierowany jest do heteroseksualnych kobiet). Z kolei ujęć biustu Any jest w filmie pod dostatkiem.

Twórcy, moim zdaniem, polegli, ograniczeni prawami rynku i chęcią szybkiego zysku. Polegli, otrzymali znaczną ilość krytyki... i co z tego, skoro zapewne powstaną jeszcze dwie, a najpewniej trzy (bazując na ostatnio popularnej tendencji do dzielenia ostatniej części filmu z adaptowanej serii na pół) filmy na podstawie książek James.

Konkluzja


"Pięćdziesiąt twarzy Greya" to póki co kura znosząca złote jaja. Filmy i dziwne gadżety napędzają machinę biznesową, którą zapoczątkowała książka, i generują zapewne godny pozazdroszczenia zysk.
Osobiście nie mam pretensji do autorki, że stara się zarobić na swoim pomyśle. Bądźmy szczerzy, chyba każdy na jej miejscu zrobiłby tak samo. Nie zmienia to jednak faktu, że uważam jej książkę za problematyczną, i zdania na ten temat nie zmienię. Jednocześnie sądzę, że powieść James byłaby do zaakceptowania pod względem treści, gdyby media (i autorka) nie wmawiały usilnie odbiorcom, że mają do czynienia z romansem podszytym erotyką. Gdyby "Pięćdziesiąt twarzy Greya" było thrillerem, zyskałoby, moim zdaniem, na wiarygodności. Brzmi śmiesznie? Być może, ale zastanówmy się: na czym polega moc Christiana Greya? Co sprawia, że człowiek zachowujący się jak on (obsesyjnie pragnący kontroli nad Aną: począwszy od niesławnego kontraktu, poprzez wchodzenie do domu, namierzanie telefonu, po wykupienie firmy, w której dziewczyna pracuje w kolejnej powieści) jest "ideałem kochanka"? Nie, nie chodzi tu o BDSM. BDSM nie jest rzeczą niedostępną dla szarego człowieka. Tym, co czyni Greya bohaterem pozytywnym jest jego bogactwo i przynależność do wyższej klasy społecznej. Jeśli w powieści zastąpimy bogacza zwykłym (acz przystojnym i charyzmatycznym) mężczyzną, otrzymamy scenariusz godny serialu kryminalnego (zapewne tym inspirowali się twórcy "Criminal Minds").
Relacja Greya i Any ma, według mnie, potencjał, który nieszczęśliwie zmarnowano, wpychając ich w ramy romansidła. Jeśli jednak chcielibyśmy zrobić z "Pięćdziesięciu twarzy Greya" romans z prawdziwego zdarzenia, doskonałym narzędziem mógł być film. Nie raz zdarzało się przecież, że z kiepskiej książki powstawał doskonały film; ot, siła innego środku przekazu. I tu, jak już napisałam, twórcy dali ciała. Co prawda film i tak w pewnych kwestiach przebija książkę (zaletą jest brak narracji z perspektywy Any i nieobecność myśli, które wciąż plączą jej się po głowie. Dzięki temu nie spotkaliśmy "świętego Barnaby", "wewnętrznej bogini", a także oszczędzono nam jej przemyśleń na temat niektórych zachowań Greya). To jednak mało, za mało, by mówić tu o dobrym filmie. Rozumiem, że zasad rynku nie da się tak łatwo przeskoczyć, a próba zadowolenia wszystkich może zakończyć się gigantycznym fiaskiem. Nie znaczy to jednak, że nie warto próbować. Jestem zdania, że stworzenie dobrej erotyki, którą dałoby się pokazać w sieciowych kinach, jest możliwe. Aby jednak to się stało, wizja ewentualnego zysku musi zejść na dalszy plan. Na pierwszym musi koniecznie znaleźć się widz (w tym przypadku: kobieta). Poza tym, dlaczego nikt nie wpadł na to, by pójść śladem Quentina Tarantino, i stworzyć trzy wersje filmu? Kinową, rozszerzoną i reżyserską? Do kin trafiłaby wersja ugrzeczniona, zaś na DVD można by obejrzeć odpowiednio pikantny wariant.

Należy jeszcze podkreślić jeden bardzo istotny fakt: mamy do czynienia z powieścią erotyczną napisaną przez kobietę. Ten właśnie szczegół w dużej części odpowiada, moim zdaniem, za ogromny sukces Greya. Jest to literatura dla kobiet stworzona przez kobietę, a zatem (teoretycznie) idealnie trafiająca w gusta tej grupy czytelników (w przypadku erotyki napisanej przez kobietę, opisy scen seksu będą wyglądały inaczej, niż gdyby napisał to mężczyzna). Łączy się to nierozerwalnie z wymienionym wcześniej zaskoczeniem opinii publicznej: kobiety bowiem nie tylko lubią czytać erotykę, ale również ją pisać (a dzięki wiedzy o fandomowych korzeniach James, przeciętny zainteresowany może zapoznać się z wysoko oznaczoną twórczością fanfikarzy, i dowiedzieć się, że w niezbyt odległych zakamarkach Internetu grasują tysiące jej podobnych, bo z fandomami związanych, autorek).

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" to zjawisko fascynujące - i, moim zdaniem, jedno z tych, o których zdecydowanie należy rozmawiać. Nie wolno bagatelizować czegokolwiek tylko dlatego, że jest na topie. W przypadku Greya konieczna jest dyskusja na temat sposobu przedstawienia relacji głównych bohaterów, a także przestrzeganie przed wykorzystywaniem powieści jako przewodnika po praktykach BDSM. Niestety, tak jak peleryna Supermana nie sprawi, że będziemy latać, tak sam fakt dzierżenia w ręku bata nie uczyni z nikogo mistrza BDSM. Owszem, są to tematy niewygodne. Nie powinniśmy ich jednak unikać - szczególnie, jeśli uświadomimy sobie, że współczesne kino nie ma żadnego problemu z prezentowaniem na ekranie przemocy, ale potrafi polec w starciu z treściami erotycznymi (podkreślam: erotycznymi, nie pornograficznymi).

Jestem świadoma, że jakakolwiek krytyka "Pięćdziesięciu twarzy Greya" nie odniesie w najbliższym czasie skutku. To produkt nastawiony na zysk, podobnie jak saga "Zmierzch", i podobnie jak w jej przypadku (a przypomnę: krytykował ją nawet Robert Pattison, odtwórca głównej roli męskiej) powstaną kolejne filmy. Jednocześnie sądzę, że popularność tej serii będzie trwać tak długo, jak długo będą wychodzić owe filmy - i po premierze ostatniego, tak jak w przypadku "Zmierzchu", słuch po niej zaginie. Niemniej jednak twór ten zdołał już zapisać się w historii jako bestsellerowa erotyka od kobiet, dla kobiet.


*Odsyłam ponownie do dyskusji.
** Dochodzi tu również problem postrzegania asertywności u obojga płci. Kobiece "nie" jest często postrzegane jako wstęp do negocjacji, zaś męskie "nie" bezwzględnie oznacza koniec dyskusji.

P.s.: Ten tekst mnie niemalże wykończył. Za betę dziękuję MissCath (Kay ogląda i czyta).

2 komentarze:

  1. Krótko mówiąc - czytałam, nie wiem, co mogę komentować, bo bym praktycznie powtórzyła to, co tu piszesz. Nic dodać, nic ująć. Ja natomiast przeczytałam drugą część i mogę śmiało powiedzieć, że druga część nie powiela błędów pierwszej, za to ma inne (choć nie wiem, czy nie gorsze).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak odpisać po miesiącu, ehehe ^^;
      Właśnie tak rozważam, czy nie przeczytać części drugiej (i trzeciej). Ale boję się, że padnę trupem. Przeglądałam dwójkę i jest potwornie męcząca.

      Usuń