![]() |
| Logo tegorocznego konkursu [źródło] |
Tegoroczny konkurs zdecydowanie różnił się od wcześniejszych. Przede wszystkim panteon wykonawców powiększył się o Australię - jednorazowo, ze względu na okrągły jubileusz konkursu.
Poziom występów był, moim zdaniem, o wiele wyższy. Zrezygnowano też z tak charakterystycznych dla Eurowizji elementów jak brokat, kiczowata oprawa sceniczna czy gadżety, które miałyby nie wiadomo czemu właściwie służyć (przypomnijmy sobie zeszłoroczny występ Ukrainy i "tancerza" biegającego w wielkim kółku dla chomika). Wykonawcy w wielu przypadkach byli na scenie sami, sporadycznie towarzyszyli im tancerze, bądź pojedynczy muzycy. Repertuar zaś był wybitnie nieróżnorodny: owszem, poziom utworów, jak już wspomniałam, był wyższy, jednak widzowie mogli wybierać między balladą a balladą. Na tle wolnych i mało skocznych utworów ładnie wybiło się te kilka szybszych - żeby wymienić chociażby Izrael, i jego reprezentanta w złotych uskrzydlonych adidasach, oraz grupę z Wielkiej Brytanii, które jako jedyna pozostała wierna kiczowatości, z której znana jest Eurowizja.
Z niemałym bólem przyznaję, że w tym roku konkurs mnie nie porwał. Owszem, byłam pod wrażeniem staranności przygotowanych występów. Ale po tylu latach oglądania błyszczących brokatem wykonawców, odniosłam wrażenie, że taka ilość powagi jest trochę nie na miejscu. Z drugiej strony, mamy do czynienia z konkursem muzycznym, nie z konkursem na najefektowniejszy występ, zatem minimalizm i skupienie na samym wykonawcy oznacza niejako powrót do korzeni Eurowizji.
Pozostaje jednak pytanie, czy taka zmiana podoba się widzom? Patrząc na komentarze, które w trakcie transmisji na żywo pojawiały się na portalach społecznościowych, ośmielę się stwierdzić, że niekoniecznie. Ballady, występujące w tym roku w ilościach nadmiernych, uznano za usypiające, występy zaś za zbyt poważne, i do przesady artystyczne. Z największym zachwytem spotkały się wypowiedzi komentatorów Eurowizji, oraz... płonący fortepian reprezentacji Austrii (która mimo tego nie zdobyła ani jednego punktu). Zdaniem części Internautów, Europa zdawała się "udawać normalną" ze względu na obecność Australii.
Z niemałym bólem przyznaję, że w tym roku konkurs mnie nie porwał. Owszem, byłam pod wrażeniem staranności przygotowanych występów. Ale po tylu latach oglądania błyszczących brokatem wykonawców, odniosłam wrażenie, że taka ilość powagi jest trochę nie na miejscu. Z drugiej strony, mamy do czynienia z konkursem muzycznym, nie z konkursem na najefektowniejszy występ, zatem minimalizm i skupienie na samym wykonawcy oznacza niejako powrót do korzeni Eurowizji.
Pozostaje jednak pytanie, czy taka zmiana podoba się widzom? Patrząc na komentarze, które w trakcie transmisji na żywo pojawiały się na portalach społecznościowych, ośmielę się stwierdzić, że niekoniecznie. Ballady, występujące w tym roku w ilościach nadmiernych, uznano za usypiające, występy zaś za zbyt poważne, i do przesady artystyczne. Z największym zachwytem spotkały się wypowiedzi komentatorów Eurowizji, oraz... płonący fortepian reprezentacji Austrii (która mimo tego nie zdobyła ani jednego punktu). Zdaniem części Internautów, Europa zdawała się "udawać normalną" ze względu na obecność Australii.
![]() |
| Monika Kuszyńska podczas występu [źródło] |
Moim zdaniem sama idea zmiany, chęć uczynienia konkursu bardziej artystycznym i skupienia się na muzyce, była dobra. Niestety, w tej edycji nastąpiło bolesne zderzenie tejże idei z pewnym problemem, który dopada sporą część eurowizyjnych wykonawców każdego roku: z inspirowaniem się występem, który wygrał rok wcześniej. W przypadku tegorocznej edycji - Conchitą Wurst i jej podniosłą balladą oraz bardzo minimalistycznym występem. Do smętnego i zbyt poważnego nastroju cegiełkę dołożyła oprawa samego konkursu: również poważna i dostojna. I właśnie przez to momenty lżejsze, z założenia dowcipne, wydawały mi się mocno wymuszone, zupełnie jakby autorzy starali się idealnie wyważyć proporcje smacznego i inteligentnego żartu. W moim odczuciu tegoroczna poważna Eurowizja była, niestety, poważnie nijaka. Uderzył mnie również dziwaczny rozkład głosów co niektórych państw - odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że sędziowie, którzy oceniają występy na równi z publicznością (50% głosów mają sędziowie, 50% pochodzi z systemu audiotele) bardziej przeszkadzają, niż pomagają wykonawcom*. Widzowie głosujący w systemie audiotele, oceniają utwory według swojego gustu, identycznie jak to zawsze miało miejsce w przypadku list przebojów. Sędziowie zaś przyjmują inne, nieznane szaremu odbiorcy kryteria.
Moim zdaniem system oddawania głosów w tym konkursie powinien zdecydowanie zostać zmieniony. Nie wydaje mi się sprawiedliwe, by zamknięta grupa kilku osób posiadała prawo do decydowania o 50% oceny ogólnej.
Jeszcze kilka słów dotyczących polskiego występu. Przyznaję szczerze, że niska pozycja Moniki Kuszyńskiej w ostatecznym rankingu mnie nie zaskoczyła. Ba, mocno zdziwiłam się naszym awansem do rundy finałowej - choć przyznaję, że na tle pozostałych ballad w drugim, zdecydowanie spokojniejszym półfinale, nasza prezentowała się nie smętnie, a bardzo refleksyjnie i, co tu kryć, przyjemnie. Piosenka Moniki w wersji z teledysku od początku nie przypadła mi do gustu. Inaczej rzecz się miała z wersją na żywo (dodam, że wykonanie z finału wypadło jeszcze lepiej, niż to z półfinału). Niemniej jednak "In the Name of Love" to piosenka zbyt słaba na Eurowizję; szczególnie gdy ta jest niemal od brzegu do brzegu wypełniona balladami. Mam nadzieję, że w przyszłym roku pójdzie nam lepiej - w końcu w zeszłym udowodniliśmy, że gdy się nie spinamy, to potrafimy.
Będę także trzymać kciuki za przyszłoroczny konkurs. Oby zwykła, nie rocznicowa edycja okazała się nie tak sztywna, jak sześćdziesiąty jubileusz. Nie musi to oczywiście oznaczać powrotu do strzelania brokatem z armat i przebierania muzyków w do przesady śmieszne stroje, co udowodniła część tegorocznych artystów - żeby wymienić choćby Włochy, Łotwę, Niemcy czy zwycięską Szwecję. Oby większa ilość wykonawców zdołała znaleźć złoty środek pomiędzy kiczem a dramatyzmem. I oby darowali sobie kopiowanie Månsa Zelmerlöwa.
Moim zdaniem system oddawania głosów w tym konkursie powinien zdecydowanie zostać zmieniony. Nie wydaje mi się sprawiedliwe, by zamknięta grupa kilku osób posiadała prawo do decydowania o 50% oceny ogólnej.
Jeszcze kilka słów dotyczących polskiego występu. Przyznaję szczerze, że niska pozycja Moniki Kuszyńskiej w ostatecznym rankingu mnie nie zaskoczyła. Ba, mocno zdziwiłam się naszym awansem do rundy finałowej - choć przyznaję, że na tle pozostałych ballad w drugim, zdecydowanie spokojniejszym półfinale, nasza prezentowała się nie smętnie, a bardzo refleksyjnie i, co tu kryć, przyjemnie. Piosenka Moniki w wersji z teledysku od początku nie przypadła mi do gustu. Inaczej rzecz się miała z wersją na żywo (dodam, że wykonanie z finału wypadło jeszcze lepiej, niż to z półfinału). Niemniej jednak "In the Name of Love" to piosenka zbyt słaba na Eurowizję; szczególnie gdy ta jest niemal od brzegu do brzegu wypełniona balladami. Mam nadzieję, że w przyszłym roku pójdzie nam lepiej - w końcu w zeszłym udowodniliśmy, że gdy się nie spinamy, to potrafimy.
Będę także trzymać kciuki za przyszłoroczny konkurs. Oby zwykła, nie rocznicowa edycja okazała się nie tak sztywna, jak sześćdziesiąty jubileusz. Nie musi to oczywiście oznaczać powrotu do strzelania brokatem z armat i przebierania muzyków w do przesady śmieszne stroje, co udowodniła część tegorocznych artystów - żeby wymienić choćby Włochy, Łotwę, Niemcy czy zwycięską Szwecję. Oby większa ilość wykonawców zdołała znaleźć złoty środek pomiędzy kiczem a dramatyzmem. I oby darowali sobie kopiowanie Månsa Zelmerlöwa.
* Na dowód proponuję zerknąć w dostępną pod tym linkiem tabelę z rozkładem tegorocznych głosów publiczności i jury.


Pamiętam, że 10 lat temu była 50. rocznica, ale wtedy zorganizowano oddzielny konkurs na "piosenkę wszechczasów". I w porównaniu do tego 60. rocznica wypada... Słabo. Generalnie konkurs również mnie nie porwał jak lata poprzednie, zabrakło czegoś z jajem, czegoś z tzw. pierdolnięciem. Dlatego np. na tumblrze piszą, że najlepszym występem ever była Wierka Serduczka ;)
OdpowiedzUsuńNo bo zabrakło, kurczę. I dlatego tak zapada w pamięć te kilka żywszych występów, jak choćby Izrael. Nagle wszyscy chcieli być tacy poważni i artystyczni... choć od lat ten konkurs konsekwentnie szedł w stronę kiczu, i to się ludziom podoba. No nic, oby przyszły rok był pod tym względem lepszy :)
Usuń