Za nami połowa ósmego sezonu Doctor Who, serialu znanego, i od czasu zmiany głównego scenarzysty, kontrowersyjnego. Rolę Doktora przejął Peter Capaldi (po tym jak Matt Smith nagle zrezygnował pod koniec sezonu siódmego), towarzyszką zaś pozostała Jenna Coleman; aczkolwiek jej postać z Clary-niemożliwej dziewczyny zmieniła się w Clarę-nauczycielkę. Do obsady dołączył jeszcze Samuel Anderson jako Danny Pink (nauczyciel matematyki, obiekt uczuć Clary), oraz Michelle Gomez jako tajemnicza Missy, kreowana póki co na prawdopodobną antagonistkę. Do tego jeszcze nowy wystrój TARDIS (wciąż mroczny, acz w innym stylu niż za czasów Jedenastego Doktora w żałobie po Pondach).
Seria była zapowiadana hucznie, szczególnie pierwszy odcinek (trwający ponad godzinę, wyemitowany na polskojęzycznym BBC równo z premierą). Aktualnie zapowiedzi nie są już tak szumne, a z czytanych w Sieci komentarzy dowiaduję się, że część zagorzałych fanów wręcz... nie pamięta o nowych odcinkach przygód Doktora. Nie oczekują ich już z taką samą niecierpliwością, jak jeszcze niedawno, a po obejrzeniu nie są w stanie się szczególnie zachwycić. Przyznam bez bicia, że jestem w stanie się z tymi osobami identyfikować, ponieważ od początku tej serii sama mam poczucie, że coś tu jest nie tak. W przekonaniu tym utwierdził mnie szczególnie ostatnio wyemitowany odcinek serii: Kill the Moon.
Zacznijmy od początku. Nowa seria to tym razem nowy Doktor. Tym razem wizualnie starszy, do tego złośliwy, szkocki (i w akcencie i w podejściu do rzeczywistości) kosmita. Przede wszystkim kosmita - niejednokrotnie miałam okazję czytać zarzut, że Doktor zachowuje się w tej serii tak, jakby nagle zapomniał wszystko, czego się nauczył przez setki lat odwiedzania Ziemi. Ten feler można jednak spokojnie zrzucić na karb regeneracji. W końcu poprzednie serie udowodniły, że przez jakiś czas po zmianie ciała Doktor nie ma pojęcia, kim jest. Oglądam zatem, licząc że wkrótce ukarze mi się w swojej pełnej postaci, tak jak to miało miejsce z Clarą - której, nawiasem mówiąc, nowy sezon bardzo służy. Nie jest już stojącą z boku tajemnicą do rozwikłania, nie jest kolejną magiczną dziewczyną, której życie związane jest wyłącznie z Doktorem. Przeciwnie: zyskała wyraźniejszy charakter, pracę, która przydaje jej się również podczas podróży w TARDIS, i która doskonale pasuje do jej postaci, a także ma podłoże logiczne. Dostała również sympatię - zwykłego (póki co) faceta poznanego w pracy. Do pełni szczęścia brakuje chyba tylko choćby wspomnienia o rodzinie Oswaldów.
Mamy zatem Doktora i towarzyszkę, mamy TARDIS, możemy więc podróżować. W pierwszym odcinku (Deep Breath) nasi bohaterowie wypadają z hukiem z przestrzeni, rozbijają się w Londynie, jak się okazuje w przeszłości, spotykają starych znajomych (Paternoster Gang) i przez przypadek sprowadzają do Londynu dinozaura. Poza absurdem, którego nie rozumiem do dziś (dinozaur), mieliśmy okazję poznać bliżej Vastrę, Jenny i Straxa, którzy zwykle ograniczali się od bycia tłem. Do tego skołowany Doktor, nie odróżniający Clary od Straxa, gotowy porzucić towarzyszkę i traktujący ludzi z dziwną jak na niego pogardą. Ale takie prawo pierwszych chwil po regeneracji. Oglądam zatem jeden odcinek, drugi, kolejne... I nagle zauważam, że właśnie minęło pół serii, a ja w dalszym ciągu nie wiem, kim jest Dwunasty. Kill the Moon uświadomił mi, że wciąż nie jestem w stanie wyczuć, że postać, na którą patrzę, to nie "po prostu" Dwunasty, a Doktor. Owszem, ma dziwne ubrania, nieodłączny śrubokręt i TARDIS, ma zdolności Władcy Czasu, ma towarzyszkę, z którą podróżuje w czasie i przestrzeni... i na tym właściwie się kończy. Czegoś mi tu brakuje. Być może konkretu. Albo... konsekwencji? Bo niestety, ale z odcinka na odcinek odnoszę wrażenie, że zachowanie Doktora jest uzależnione od tego, co aktualnie pasuje scenarzyście. W efekcie wiem tylko, że Dwunasty jest złośliwy i szkocki. I nic poza tym.
Obok braku konkretów, kuje w oczy podkreślanie pozaziemskiego pochodzenia Doktora. Od początku dziwiło mnie podejście Dwunastego do ludzi - w przeciwieństwie do trzech poprzednich regeneracji, nie wydawał się rasą ludzką nawet odrobinę zaintrygowany. W Kill the Moon nadarzyła się okazja, by powiedział piętnastolatce, że jest wyjątkowa. Zamiast tego, Dwunasty zapytał Clarę, czy oszalała, podsuwając mu taką sugestię. W moich oczach było to zachowanie dla Doktora nietypowe; w końcu jego poprzednicy nie raz podkreślali, że każdy człowiek jest na swój sposób wyjątkowy.
Być może reakcja wynika w jakiś sposób z nowego charakteru Doktora. W porządku, lecz tak jak napisałam: nie czuję tego. Charakter, który już dawno powinien się wyraźnie zarysować, pozostaje w fazie szkicu, notabene nieustannie zmienianego. Absolutnie nie mam nic przeciwko gderającemu i sarkającemu Doktorowi, o ile cała postać nie ogranicza się jedynie do sarkania i gderania.
Właściwie dziwaczny, nie do końca wyczuwalny Doktor to mój największy zarzut odnośnie pierwszej połowy serii. Poza tym wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku. Odcinki są spójne, pozbawione niepotrzebnych momentów, nie ciągną się w nieskończoność, nie wypełniają ich nieuzasadnione wybuchy, które mają jedynie efektownie wyglądać. Mamy jeden główny wątek (Missy i najwyraźniej zarządzane przez nią "Niebo"), który co jakiś czas powraca, mieliśmy kilka bardzo udanych, i niepowiązanych z nim jednostrzałowców (np. odcinek o Robin Hoodzie, Robot of Sherwood - odcinka w tym klimacie nie uświadczyliśmy od bardzo dawna). Postacie drugoplanowe prezentują się całkiem nieźle... poza Dannym, którego dotychczasowa rola jest, jak dla mnie, rozczarowująca - po szumnych zapowiedziach sprzed premiery spodziewałam się kolejnej osoby w TARDIS, a nie "jedynie" chłopaka dla Clary. Cieszy mnie brak z założenie "strasznych" wierszyków dla dzieci, cieszy brak napięcia na tle wiadomym między Doktorem i Clarą. Cieszy niezmiernie fakt, że Clara została wreszcie prawdziwą towarzyszką i że pokazuje charakterek - nie boi się opierniczyć Doktora, gdy potrzeba. Wspaniałe jest również to, że wreszcie akcja odcinków skupia się na Doktorze, nie na perypetiach miłosnych jego towarzyszy. No, może poza odcinkiem The Caretaker, w którym doszło do konfrontacji Doktora z Dannym (nawiasem mówiąc, relacja tych dwóch jest dla mnie dość pokręcona: mamy tu dziwaczną zazdrość i brak uznania dla żołnierzy - coś nietypowego dla Doktora).
Krótko mówiąc, seria ósma sama w sobie jest dobra. Naprawdę dobra. Co zatem sprawia, że widzowie (włączając w to mnie) nie oczekują kolejnego odcinka z niecierpliwością? Moim zdaniem sprawia to Doktor. Nie grający go Peter Capaldi - on, według mnie, sprawdza się w roli świetnie. Rzecz w tym, że Capaldi świetnie gra to, co dostał w scenariuszu, a jeśli scenariusz (a co za tym idzie, kreacja Doktora na papierze) jest kiepski, w efekcie bardzo dobry aktor umiejętnie gra kiepsko napisaną postać. A jak mówi przysłowie: z pustego i Salomon nie naleje.
Pozostaje mi robić sobie nadzieje, czekać na rozwiązanie sezonu i oglądać pozostałe odcinki. Być może charakter Doktora zostanie wyjaśniony - tak jak, według zapowiedzi, ma zostać wyjaśnione to, dlaczego ma taką a nie inną twarz. Być może charakter ma związek z Missy - bo i dlaczego nie? Tak czy inaczej, liczę, że zachowanie Doktora zostanie uzasadnione, lub przynajmniej sprecyzowane. Że przestanie co odcinek zachowywać się inaczej, tak jak pasuje danemu scenarzyście. Że wreszcie podczas oglądania będę czuła, że patrzę na Doktora - niekoniecznie na "mojego". Wystarczy, że Doktor stanie się Doktorem.
P.s.: Poza zmianą charakteru Clarę spotkała również zmiana garderoby. Z ubrań typowych dla młodej dziewczyny zaczęła nosić ciuchy, przez które nawet spotkane podczas podróży postacie określają ją jako nauczycielkę (którą, jak wiemy, jest). Innymi słowy, szafa została dostosowana do zawodu. Niby nic, ale zmiana wydaje mi się znacząca.
P.s.2: Nie jest to post podsumowujący półmetek serii. To raczej moje luźne przemyślenia odnośnie tego, co do tej pory zobaczyłam.
Właściwie dziwaczny, nie do końca wyczuwalny Doktor to mój największy zarzut odnośnie pierwszej połowy serii. Poza tym wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku. Odcinki są spójne, pozbawione niepotrzebnych momentów, nie ciągną się w nieskończoność, nie wypełniają ich nieuzasadnione wybuchy, które mają jedynie efektownie wyglądać. Mamy jeden główny wątek (Missy i najwyraźniej zarządzane przez nią "Niebo"), który co jakiś czas powraca, mieliśmy kilka bardzo udanych, i niepowiązanych z nim jednostrzałowców (np. odcinek o Robin Hoodzie, Robot of Sherwood - odcinka w tym klimacie nie uświadczyliśmy od bardzo dawna). Postacie drugoplanowe prezentują się całkiem nieźle... poza Dannym, którego dotychczasowa rola jest, jak dla mnie, rozczarowująca - po szumnych zapowiedziach sprzed premiery spodziewałam się kolejnej osoby w TARDIS, a nie "jedynie" chłopaka dla Clary. Cieszy mnie brak z założenie "strasznych" wierszyków dla dzieci, cieszy brak napięcia na tle wiadomym między Doktorem i Clarą. Cieszy niezmiernie fakt, że Clara została wreszcie prawdziwą towarzyszką i że pokazuje charakterek - nie boi się opierniczyć Doktora, gdy potrzeba. Wspaniałe jest również to, że wreszcie akcja odcinków skupia się na Doktorze, nie na perypetiach miłosnych jego towarzyszy. No, może poza odcinkiem The Caretaker, w którym doszło do konfrontacji Doktora z Dannym (nawiasem mówiąc, relacja tych dwóch jest dla mnie dość pokręcona: mamy tu dziwaczną zazdrość i brak uznania dla żołnierzy - coś nietypowego dla Doktora).
Krótko mówiąc, seria ósma sama w sobie jest dobra. Naprawdę dobra. Co zatem sprawia, że widzowie (włączając w to mnie) nie oczekują kolejnego odcinka z niecierpliwością? Moim zdaniem sprawia to Doktor. Nie grający go Peter Capaldi - on, według mnie, sprawdza się w roli świetnie. Rzecz w tym, że Capaldi świetnie gra to, co dostał w scenariuszu, a jeśli scenariusz (a co za tym idzie, kreacja Doktora na papierze) jest kiepski, w efekcie bardzo dobry aktor umiejętnie gra kiepsko napisaną postać. A jak mówi przysłowie: z pustego i Salomon nie naleje.
Pozostaje mi robić sobie nadzieje, czekać na rozwiązanie sezonu i oglądać pozostałe odcinki. Być może charakter Doktora zostanie wyjaśniony - tak jak, według zapowiedzi, ma zostać wyjaśnione to, dlaczego ma taką a nie inną twarz. Być może charakter ma związek z Missy - bo i dlaczego nie? Tak czy inaczej, liczę, że zachowanie Doktora zostanie uzasadnione, lub przynajmniej sprecyzowane. Że przestanie co odcinek zachowywać się inaczej, tak jak pasuje danemu scenarzyście. Że wreszcie podczas oglądania będę czuła, że patrzę na Doktora - niekoniecznie na "mojego". Wystarczy, że Doktor stanie się Doktorem.
P.s.: Poza zmianą charakteru Clarę spotkała również zmiana garderoby. Z ubrań typowych dla młodej dziewczyny zaczęła nosić ciuchy, przez które nawet spotkane podczas podróży postacie określają ją jako nauczycielkę (którą, jak wiemy, jest). Innymi słowy, szafa została dostosowana do zawodu. Niby nic, ale zmiana wydaje mi się znacząca.
P.s.2: Nie jest to post podsumowujący półmetek serii. To raczej moje luźne przemyślenia odnośnie tego, co do tej pory zobaczyłam.
Właśnie tak jak pisałam w komentarzu u Zwierza - Dziewiąty też był "sassy", sarkastyczny, potrafił dokopać, ale w ostateczności dało się go polubić. Niestety, Dwunastego z odcinka na odcinek przestaję lubić. Również nie mogę rozszyfrować, kim on jest, czemu się tak zachowuje, jak nie Doktor. No i Danny to też duży minus, nie spodziewałam się, że on zostanie "tylko" facetem Clary, zwłaszcza po wcześniejszych zapowiedziach. Odcinki same w sobie są dobre, byłyby świetne, gdyby były właśnie osobnymi historiami, a nie całością. Bo przez pryzmat całości oceniam daną postać, a nie po pojedynczym odcinku.
OdpowiedzUsuńKażdy z dotychczasowych Doktorów miał jakiś swój znak szczególny. 9 był, jak mówisz, sassy, był też weteranem wojny. 10 był geekiem. 11 był dużym dzieckiem. A 12? Nie mam pojęcia. Chodzi, gdera, i nic z tego nie wynika. A gderanie dla sztuki jest zbędne w tym serialu, bo to nie ten gatunek (inna sprawa, jakby to był sitcom w rodzaju "Wszyscy kochają Raymonda").
UsuńNo właśnie o to chodzi. Minął już 7 odcinek serii, a dalej się to nie wyklarowało. Bo na przejścia poregeneracyjne można coś zwalać. ale... Tak mniej więcej do 3 odcinka. A dalej? Co, nie może się przyzwyczaić? Mam nadzieję, że to będzie jakoś wyjaśnione, bo wtedy jestem w stanie wiele rzeczy darować, ale boję się, że tak już zostanie przynajmniej do końca sezonu :/
UsuńMoże być tak, że to będzie trwało do końca i wyjaśni się dzięki Missy (tak jak napisano w jednym z komentarzy u Zwierza). Ale nawet jeśli, to nie wiem, czy będę zachwycona, bo... to oznacza, że Doktor będzie kompletnie inny w następnej serii. I to już nie jest fajne, bo znów trzeba będzie się przyzwyczajać.
Usuń