Kilka lat temu miałam okazję przeczytać opowiadanie "Schizma" autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej. Tekst opowiadał o świecie, w którym robienie zakupów w molochach handlowych jest nieodłączną częścią religii wyznawanej przez społeczeństwo, a sporządzanie przedmiotów na własny użytek, a także ich sprzedaż, są karalne. I to właśnie z tym opowiadaniem kojarzyłam dotąd słynne masowe "pielgrzymki" do centrów handlowych. Oczywiście poza okresami świątecznymi, kiedy to zdarzają się absurdy w rodzaju regularnej bitwy o promocyjnego karpia na środku sklepu, lub długich weekendów, inicjowanych przez wypełnione po brzegi kosze z napojami i mięsem na grilla. Tego rodzaju "pielgrzymki" są jednak celowe, ich uczestnicy maszerują do centrów z zamiarem zakupienia konkretnych rzeczy. Nie mają nic wspólnego ze swoistym "kultem religijnym" opisanym w opowiadaniu, ani z duchowości, ani też z przyjemnością; bardzo często są niczym innym jak kolejnym, przykrym lub nie, obowiązkiem.
Tak było do niedawna. Dopiero ostatni weekend uświadomił mi, w jak wielkim byłam błędzie. Weekend, i krótka wizyta w Ikei.
Zaczęło się zwyczajnie, od wyprawy do kilku sklepów w poszukiwaniu jednej konkretnej rzeczy. W każdym (nie wliczając sklepu spożywczego) widziałam od kilkunastu do kilkudziesięciu osób, a ewentualna ciasnota wywołana była przede wszystkim ustawieniem towaru na zbyt małej przestrzeni. Do tego na każdym parkingu było dużo wolnego miejsca. Słowem: standard dnia przeciętnego.
Potem nadeszła pora na odwiedzenie Ikei, gdzie zastała mnie sceneria w każdym calu odmienna od tego, co miałam okazję widzieć wcześniej.
Zaczęło się od parkingu, zapełnionego po brzegi, niczym na wielkim otwarciu. Po niełatwym znalezieniu miejsca, i krótkich manewrach między ludźmi i pracownikami przepychającymi rzędy wózków, znalazłam się w środku. To, co w owym środku zobaczyłam, przyprawiło mnie o załamanie rąk. Tłum porównywalny chyba tylko z masą odwiedzających w pierwszej połowie roku po otwarciu Centrum Nauki Kopernik, rozbijał się na kilka zwartych grup. Największa pełzła potężnym rzędem przez wąskie ścieżki między wystawionymi gęsto meblami, druga, prawdopodobnie porównywalna, okupowała strefę gastronomiczną, w której na rzut oka nie zostało ani jedno miejsce siedzące (podobnie żadnego nie uświadczyło się w ogródku przed wejściem).
Pełznę zatem przez kolejne strefy tematyczne w sklepie, poszukując jednej konkretnej rzeczy. Co chwila muszę się odsuwać, żeby przypadkiem nie podeptać biegających dzieci lub przepuścić matki z wózkami. Gdy docieram do interesującej mnie części, dokładniejsze obejrzenie towaru urasta do rangi misji niewykonalnej: tu bawią się dzieci, tu jakiś pan rozwalił się na kanapie i leży, przyglądając się czemuś wiszącemu na ścianie, tu znowu młoda matka dzielnie przepycha wózek między ludźmi i ciasnymi przejściami, tutaj znowu dzieci - masa dzieci, małych, w wieku około pięciu lat, biegająca tu i tam, jak po wielkim placu zabaw.
Jak nietrudno się domyślić, nic ciekawego nie znalazłam, Wyszłam ze sklepu tak, jak weszłam (bez obchodzenia pozostałych ekspozycji), zirytowana nie tyle niezakupieniem towaru, a rozmiarem tłumu, w dalszym ciągu wlewającego się do sklepu. Rozmiarem oraz jego składem - gdy już uzmysłowiłam sobie, co tak naprawdę widziałam.
Stwierdzenie, że kultura opierająca się na konsumpcji, atakuje nas zewsząd, nie będzie odkrywcze. Podobnie jak wskazanie, iż duże galerie handlowe robią wszystko, by zachęcić do odwiedzania ich rodziców z dziećmi (chociażby organizując zabawy tematyczne i konkursy z nagrodami). Jednak co innego zabrać dzieciaki do centrum, żeby mogły wziąć udział w konkursie i wygrać np. maskotkę, a co innego wziąć je do ciasnego sklepu, żeby mogły pobiegać między meblami, a potem zjeść słynnego hot doga w zatłoczonej gastronomii. W tym czasie rodzice posiedzą sobie na wystawionych sofach i odpoczną; w końcu nie ma lepszej metody na rodzinne spędzanie weekendu niż tak zwany window shopping w wielgachnym sklepie meblowym, w którym ochrona nie zwróci ci uwagi, bo zwyczajnie nie chodzi między półkami.
Zaczęło się zwyczajnie, od wyprawy do kilku sklepów w poszukiwaniu jednej konkretnej rzeczy. W każdym (nie wliczając sklepu spożywczego) widziałam od kilkunastu do kilkudziesięciu osób, a ewentualna ciasnota wywołana była przede wszystkim ustawieniem towaru na zbyt małej przestrzeni. Do tego na każdym parkingu było dużo wolnego miejsca. Słowem: standard dnia przeciętnego.
Potem nadeszła pora na odwiedzenie Ikei, gdzie zastała mnie sceneria w każdym calu odmienna od tego, co miałam okazję widzieć wcześniej.
Zaczęło się od parkingu, zapełnionego po brzegi, niczym na wielkim otwarciu. Po niełatwym znalezieniu miejsca, i krótkich manewrach między ludźmi i pracownikami przepychającymi rzędy wózków, znalazłam się w środku. To, co w owym środku zobaczyłam, przyprawiło mnie o załamanie rąk. Tłum porównywalny chyba tylko z masą odwiedzających w pierwszej połowie roku po otwarciu Centrum Nauki Kopernik, rozbijał się na kilka zwartych grup. Największa pełzła potężnym rzędem przez wąskie ścieżki między wystawionymi gęsto meblami, druga, prawdopodobnie porównywalna, okupowała strefę gastronomiczną, w której na rzut oka nie zostało ani jedno miejsce siedzące (podobnie żadnego nie uświadczyło się w ogródku przed wejściem).
Pełznę zatem przez kolejne strefy tematyczne w sklepie, poszukując jednej konkretnej rzeczy. Co chwila muszę się odsuwać, żeby przypadkiem nie podeptać biegających dzieci lub przepuścić matki z wózkami. Gdy docieram do interesującej mnie części, dokładniejsze obejrzenie towaru urasta do rangi misji niewykonalnej: tu bawią się dzieci, tu jakiś pan rozwalił się na kanapie i leży, przyglądając się czemuś wiszącemu na ścianie, tu znowu młoda matka dzielnie przepycha wózek między ludźmi i ciasnymi przejściami, tutaj znowu dzieci - masa dzieci, małych, w wieku około pięciu lat, biegająca tu i tam, jak po wielkim placu zabaw.
Jak nietrudno się domyślić, nic ciekawego nie znalazłam, Wyszłam ze sklepu tak, jak weszłam (bez obchodzenia pozostałych ekspozycji), zirytowana nie tyle niezakupieniem towaru, a rozmiarem tłumu, w dalszym ciągu wlewającego się do sklepu. Rozmiarem oraz jego składem - gdy już uzmysłowiłam sobie, co tak naprawdę widziałam.
Stwierdzenie, że kultura opierająca się na konsumpcji, atakuje nas zewsząd, nie będzie odkrywcze. Podobnie jak wskazanie, iż duże galerie handlowe robią wszystko, by zachęcić do odwiedzania ich rodziców z dziećmi (chociażby organizując zabawy tematyczne i konkursy z nagrodami). Jednak co innego zabrać dzieciaki do centrum, żeby mogły wziąć udział w konkursie i wygrać np. maskotkę, a co innego wziąć je do ciasnego sklepu, żeby mogły pobiegać między meblami, a potem zjeść słynnego hot doga w zatłoczonej gastronomii. W tym czasie rodzice posiedzą sobie na wystawionych sofach i odpoczną; w końcu nie ma lepszej metody na rodzinne spędzanie weekendu niż tak zwany window shopping w wielgachnym sklepie meblowym, w którym ochrona nie zwróci ci uwagi, bo zwyczajnie nie chodzi między półkami.
Tak w moich oczach wyglądała niedzielna Ikea. Nie mówię oczywiście, że wszystkie rodziny z dzieciakami zwaliły się do sklepu tylko po to, by sobie poleżeć i zjeść szwedzką parówkę. Absolutnie. Zdaję sobie sprawę, że często rodzice muszą wziąć do takiego miejsca dzieci, bo zwyczajnie nie mają ich z kim zostawić. Jednak wierzcie mi: widać, kto przychodzi do sklepu, by coś kupić, a kto jest w nim w celach rekreacyjnych. I o ile mogę zrozumieć młodych ludzi, którzy szwendają się bez jasnego celu po galeriach handlowych (dla zabicia czasu, w oczekiwaniu na kogoś - wszystko jedno), tak nie jestem w stanie pojąć zabrania małych dzieci na spacer do sklepu meblowego. Ba, do jakiegokolwiek sklepu. Nie jest to plac zabaw, nie jest to miejsce przystosowane do maluchów, które wymagają nieustannej uwagi (a tego, jak miałam okazję zobaczyć, zabrakło, niezależnie od tego, czy rodziny przyszły w celach zakupowych czy nie).
W tym miejscu wypada zastanowić się, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Tego dnia pogoda był piękna. W drodze do sklepu widziałam kilka rodzin, spędzających czas na wspólnych wycieczkach rowerowych lub spacerach. Dlatego zatem, mimo cudnej ciepłej pogody, ten konkretny sklep, jak każdego innego dnia, pękał w szwach od całych rodzin ze stadkami dzieci? Czemu rodzice wolą zmarnować taką pogodę (dodajmy: w kończący wrzesień weekend - czyli być może ostatnią tej jesieni) na siedzenie z maluchami w budynku, zamiast zorganizować jakąś fajną wspólną rozrywkę na zewnątrz?
Odpowiedzi na te pytania może być wiele. Najbardziej oczywistą jest, moim zdaniem, lenistwo.
Niestety, opieka nad dziećmi ma to do siebie, że jest wymagająca. Wymaga cierpliwości, zaangażowania, czasu oraz kreatywności. Co większe miasta w wyszukiwaniu sposobów na zorganizowanie dzieciakom wolnego czasu pomagają: na osiedlach i w parkach budowane są eleganckie place zabaw, są boiska, odnowione chodniki i ścieżki rowerowe. Gra w piłkę, spacer, jazda na rowerze, nauka jazdy na rolkach - możliwości jest wiele. Jeśli z jakiegoś powodu nie chcemy, bądź nie możemy spędzać wolnego czasu na dworze, zawsze można wyszukać inną rozrywkę; wystarczy przejrzeć prasę lokalną, by dowiedzieć się, czy i gdzie w dany weekend organizowane są rozrywki skierowane do najmłodszych. Opcji jest jeszcze więcej, gdy jesteśmy w stanie wydać trochę pieniędzy. Mamy wtedy do dyspozycji chociażby kino.
Czas wolny można zagospodarować na naprawdę wiele sposobów. W tym zestawieniu wycieczka do sklepu meblowego wypada najsłabiej. Nie dość, że nie jest to zabawa jako taka (chyba że "zabawą" nazwiemy oglądanie krzeseł i jedzenie parówek), to jeszcze tego rodzaju wyprawy to nic innego jak tworzenie sztucznego tłumu i utrudnianie zakupów osobom zainteresowanym towarem. Niestety, rozplanowanie przestrzeni w tym sklepie dodatkowo utrudnia przemieszczanie się: chętni do dokonania zakupu są zmuszeni przejść przez cały sklep wyznaczoną trasą, w ogonku, jak wycieczka szkolna zwiedzająca zamek. Biegające bez kontroli dzieci w żaden sposób w tym nie pomagają.
Poza lenistwem winny takiego stanu rzeczy jest, jak sądzę, egocentryzm. Mamy tu bowiem do czynienia osobami, które z pełną świadomością traktują dane miejsce w sposób, który wydaje im się słuszny, i nie przyjmują do wiadomości, że dla innej, równie licznej grupy może być to uciążliwe. Świadomość tego jest jak najbardziej pełna. Nie mamy przecież do czynienia nawet z galerią handlową, tylko z jednym konkretnym sklepem.
W mojej intencji nie leży mówienie komukolwiek, jak ma żyć. Chciałabym jedynie zaapelować o rozsądek i skłonić do zastanowienia. Nie chodzi tylko o przykre marnowanie ładnej i ciepłej pogody, ale o ogólnie pojęty brak wyobraźni. Wydaje się, że powoli zmieniamy znaczenie "sklepu" - jako miejsce, przestaje być łączony z robieniem zakupów, na rzecz samego przebywania i oglądania towaru. Pozostaje jedynie pytanie, z czego to wynika? Wymienione wcześniej lenistwo dotyczy zabierania do takich miejsc dzieci. Co sprawia jednak, że dorośli ciągną do sklepów tylko po to, by popatrzeć na rzeczy, które mają do zaoferowania?
Poza tym... jeśli już koniecznie chcemy spędzić pół dnia z dzieckiem w takim miejscu dla zwykłego zabicia czasu, proponuję w przyszłości wybrać sklep z zabawkami.
Niech zgadnę, czy ci ojcowie to takie "Typowe Janusze", które jeszcze się plują i marudzą o wszystko? Takie cebulactwo? Ale tak szczerze, to ja tego też nie rozumiem. Rozumiem, gdy miejsce jest przystosowane w jakiś sposób dla rodzin z dziećmi - jak u mnie jest galeria handlowa. Jak nie chce ci się łazić z dzieckiem, to jest kącik zabaw dla dzieci - odpłatny, ale przynajmniej dziecko się tam nie nudzi i nie marudzi. A co jest atrakcyjnego w sklepie meblowym? Nie rozumiem trochę tych ludzi.
OdpowiedzUsuńNawet nie plują - ot, leżą. Stoi sofa - a, położę się. I to nie było tak, jak zwykle siadasz na mebel i sprawdzasz, czy wygodny: normalnie się rozłożył jak na własnym. A ty nie nie możesz zobaczyć, bo wokół ciebie biegają niepilnowane dzieci i chcą się bawić akurat tym biurkiem, które oglądasz. Do matek z wózkami nic nie mam, bo i gdzie miały je zaparkować? Teoretycznie powinny się zmieścić - ale przez sztuczny tłok, miały problem.
UsuńKącik zabaw tam był, ale pewnie odpłatny, a po co płacić, jak można nie płacić?
O! W takim razie muszę poznać Schizmę...
OdpowiedzUsuńPolecam. To opowiadania staje się boleśnie aktualne.
UsuńZnajduje się w zbiorze "Więzy Krwi".