piątek, 14 marca 2014

Czy "dużo" znaczy "lepiej" czyli fandomowy konflikt wartości

Przyszło nam mieć to szczęście, iż należymy do pokolenia wychowanego z Internetem w tle. Dzięki temu dane są nam możliwości między innymi wymiany opinii na rozmaite tematy z kręgu naszych zainteresowań - swobodnej wymiany, dodam, bo dzięki Internetowi nie musimy należeć do kółek dyskusyjnych czy klubów, które mają to do siebie, że mogą onieśmielać mówiących (rzeczy typowa w przypadku kontaktu w cztery oczy). Mamy zatem Internet i fora dyskusyjne, które służą do tego, co sama nazwa wskazuje. I, jak to zwykle bywa, mamy osoby, które uważają, że stoją ponad resztą dyskutantów i przewyższają ich swoim... doświadczeniem (ujmijmy to względnie neutralnie).

Histeria i związana z nią historia zaczęły się od pewnego posta z facebooka. Z całości kluczowe znaczenie ma dla mnie jeden fragment zdania:

(...) twierdzą, że to jedna z najlepszych serii ever jakie powstały do tej pory, mimo, że oni sami raptem widzieli tych serii ok. 100.

W dużym skrócie: wspomniane "serie" to nic innego jak serie anime, a całą dyskusja dotyczyła początkowo niechęci do fanów Shingeki no Kyojin (vel. Attack on Titan, którą to serię swego czasu pozwoliłam sobie polecić). Stopniowo... nie, bardzo szybko dyskutanci porzucili temat na rzecz licytowania się, od ilu obejrzanych serii przeciętny fan może mieć czelność wyrażać opinie o anime. Zacytowany fragment oryginalnego posta mówi o stu seriach. Komentujący podają liczby: 200, 400. Piszą:

(...) obejrzeliśmy mało. Chodzi że niektórzy obejrzeli jeszcze mniej, ale uważają że znają się wystarczająco żeby polecać (...)
W komentarza pojawia się również dość, moim zdaniem, odważne stwierdzenie:

Zrobiłem kiedyś poradnik odnośnie polecania. Zawierał radę, by nie polecać jeżeli nie obejrzało się co najmniej stu serii. Oburzenie było niezwykłe.

Odwaga komentującego (będącego chyba najbardziej aktywną osobą w zalinkowanym wątku) zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Czytając propozycje z dyskusjo-kłótni zastanawiałam się: jakimi wartościami trzeba się kierować, by wyznaczać komukolwiek liczbowe granice w przyswajaniu kultury? (Bo co by o nim nie mówić, anime do kultury się zalicza - nie będzie to kultura wysoka, co prawda, ale to zawsze coś).




Żyjemy w takich dziwnych czasach, kiedy to dostęp do środków masowego przekazu - a co za tym idzie, do kultury masowej - jest powszechny. Każdy z łatwością i w każdej chwili może sięgnąć po dowolnie wybrany odcinek ulubionego serialu, a kiedy go najdzie ochota, obejrzeć sobie stary bądź nowy film. Każdy może słuchać bardziej lub mnie popularnej muzyki i integrować się z fanami. I każdy, na pewno każdy, chciałby być w tejże grupie fanów uznawany. A z czego lepiej jest być znanym niż z bycia autorytetem w danym temacie? Tu pomocą służy dogłębna lub względnie dogłębna znajomość owego tematu. A co lepiej służy poznaniu niż praktyka? Chyba tylko więcej praktyki. Zatem eksperci radzą siadać, zapinać pasy i zgłębiać historię seriali brytyjskich lub amerykańskich, historię najlepszych horrorów, dyskografie kluczowych zespołów heavymetalowych, a także, jakże by inaczej, japońskie anime. Im więcej tym lepiej, bo im więcej widziałeś, tym lepiej się znasz.
Żyjemy w dziwnych czasach, w których ilość przeważa nad jakością.

Fascynujące jest dla mnie idea, kryjąca się za zacytowanymi powyżej stwierdzeniami. Wygląda bowiem na to, iż w dzisiejszym świecie zaczyna brakować miejsca dla zwykłych fanów, okazyjnych entuzjastów i ogólnie pojętych miłośników. Zamiast tego powoli zaczyna być promowana postawa znawcy, któremu nieobce są klasyki gatunku, nazwiska twórców i który może poszczycić się imponującą ilością obejrzanych serii. Fascynujące, szczególnie że mowa nie o niszowej rozrywce czy o zainteresowaniu wspomnianą wcześniej kulturą wysoką. Mówimy o japońskich serialach animowanych, elemencie popkultury, który owszem, był w naszym kraju nieznany i należał do kręgów zainteresowań specyficznej grupy ludzi. Rzecz w tym, że działo się to... ponad 20 lat temu. Wtedy właśnie ówczesne "pokolenie Polonii 1" i  później "pokolenie Sailor Moon", mając lat kilka, zasiadało przed telewizorami i z zapartym tchem śledziło przygody młodzieńca w obcisłym kombinezonie, który wyjeżdża sportowym autem, wskakuje nim do ciężarówki a ta transformuje się w ogromnego robota, kibicowało dwójce przyjaciół, którzy w szałowych strojach rodem z lat 70 walczyło ze złoczyńcami za pomocą wielkich robotów przypominających zabawki, bądź też nie mogło oderwać wzroku od transformujących się przy chwytliwej muzyce czarodziejek, gotowych ukarać demony w imieniu Księżyca. Te pokolenia zerówkowiczów i podstawówkowiczów oglądały anime nie wiedząc, że to anime: dla nich były to zwykłe kreskówki (w dodatku w większości z dziwnym bo włoskim dubbingiem, ponad którym przebijał się lektor). Samych anime było jak na lekarstwo, a te, które emitowano, zazwyczaj były stare (taka Polonia 1 puszczała serie z lat 80 i 70). O mangach nikt nawet nie śnił... nie wspominając, że mało kto o nich wiedział.
Zmiany następowały stopniowo. Nadeszła era telewizji kablowej, co pociągnęło za sobą dostęp do programów zagranicznych (nie zna życia ten, kto nie widział Sailor Moon z niemieckim dubbingiem) oraz rozszerzenie oferty polskiej telewizji: RTL 7 (później TVN 7) i nowe serie anime. Potem Hyper i kolejne serie. Telewizja publiczna i okazyjnie emitowane filmy Studia Ghibli. Nie wspominam nawet o erze Internetu i licznych stronach ułatwiających wyszukiwanie nowości. Krótko mówiąc, im dalej w XXI wiek, im większe możliwości, tym większy stawał się polski fandom mangi i anime. Dlatego dziwne jest w drugiej dekadzie nowego wieku, przy wielkich możliwościach odbioru i jeszcze większym wyborze tego, co odbierać chcemy, widzieć i czytać osobę, która traktuje fanów anime jak hermetyczną, nikomu nieznaną grupę, w której prestiż odmierza się ilością obejrzanych serii. I to bez poprawki na subiektywność odbioru - nie każda seria jest przecież atrakcyjna dla każdego. Z tego powodu część osób mimo kojarzenia tytułów klasycznych anime, nie obejrzała ich; ot, nie są kompletnie w ich guście.

Przyznam, że ciekawi mnie, skąd nagle pojawił się nacisk na "bycie znawcą tematu". Pozostawanie zwykłym fanem staje się niebezpieczne - grozi bowiem uznaniem za leszcza, który na pewno ogląda daną rzecz tylko dla przystojnej postaci bądź aktora. Znając życie "znawca" może wkrótce ewoluować i niedługo fandomy, dajmy na to, seriali brytyjskich będą zabraniały udziału w dyskusjach tym, którzy nie obejrzeli odpowiedniej liczby seriali i nie znają na pamięć nazwisk wszystkich pięciu aktorów BBC. To ten rodzaj szaleństwa, który odstrasza przeciętnych fanów od grupy: bolesny sposób na uświadomienie, że jeżeli nie oglądałeś/nie czytałeś serialu/książki XY, to jesteś zwyczajnie niewart bycia fanem. To szaleństwo, które niszczy przyjemność z oglądania bądź czytania. To po prostu... zabija ideę bycia fanem. Narzuca normy, narzuca dolną granicę i odbiera możliwość wyboru tego, co chcemy oglądać. W końcu masz obejrzeć jak najwięcej, a nie jak najbardziej wartościowe.

Niestety, model "nie oglądałeś 100 serii, to się nie wypowiadaj" najwyraźniej nie zakorzenił się jeszcze w polskich fandomach. A jeśli mu się uda, nie będzie miał zapewne łatwego żywota: prosty zabieg logiczny, tj. obejrzenie 99 serii zamiast 100 sprawia, że argument staje się inwalidą.

P.s.: Pozwoliłam sobie pociągnąć przykład z anime, aczkolwiek uważam, że zaproponowany w tej nieszczęsnej grupie na fb model może spokojnie dotyczyć też innych dziedzin. Oczywiście każdy powinien we własnym zakresie rozważyć, czy chce czytać lub oglądać dużo i wszystko, czy też wybierać sobie (marudząc na wielką ilość "szajsu") to, co uznaje za wartościowe, warte zapoznania pozycje. Jest to indywidualna sprawa fana, nie zaś coś, co powinna narzucić ogółowi osoba trzecia. Fandom to po pierwsze zabawa - i tego się trzymajmy.

7 komentarzy:

  1. Moim zdaniem to jest taki jakby... Odwrót. Że była faza, że jesteśmy małą grupką, znamy się, lubimy, ale chcielibyśmy, żeby więcej lubi znało to, czy tamto, była faza popularności (lub nawet jest teraz, trwa cały czas, o czym za moment), to teraz chce się, żebyśmy byli znowu elitą na nowo, dlatego trzeba stworzyć "nowe reguły gry". Coś jak z wykształceniem, że kiedyś się postulowało, żeby było ono dostępne dla każdego, teraz się mówi o tym, że znowu powinno być czymś elitarnym. Ale niestety, ci "znawcy" nie kumają jednego - nie są świętymi krowami, nie są niszą. Manga i anime to nie są niszowe rzeczy. Niszowe były z 20 lat temu, ale nie teraz, bo teraz chyba każdy kojarzy "chińskie bajki" chociaż z widzenia. Jak coś się wpisze na trwale w popkulturę, to się tego nie wykorzeni. I czy naprawdę trzeba oglądać wszystko, jak leci? A gdzie moment na refleksję, jakieś wczucie się? Albo gdzie zwyczajny moment na radość, na rozrywkę, takie przeżywanie po części? Zresztą, czy trzeba wszystko oglądać "profesjonalnie"? Być znawcą? Przypomina mi się to, jak babka na zajęciach nam powiedziała, że nie potrafi oglądać filmów z koleżanką, która z wykształcenia jest filmoznawcą, a to z prostego powodu - bo ona widzi jakieś aspekty, na których ta babka się nie zna, po prostu ogląda film i nie musi go rozkładać na czynniki pierwsze. Krótko mówiąc - moim zdaniem nie trzeba być ekspertem w danej dziedzinie, by coś polubić. I tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak chyba się dzieje, kiedy osób zaangażowanych w daną rzecz jest za dużo: zauważ, że ludzie w tej dyskusji na fb narzekają na weaboos. Tak samo z wykształceniem - jeszcze pewna grupa, która idzie na studia po to, żeby mieć papierek. A że zawsze ocenia się całość przez pryzmat najgorszego (bo najgorsze widać najlepiej), pojawia się zła opinia. Ale o ile magistrów oceniają ludzie z zewnątrz, tak fani anime oceniają się od środka - i plują na młodszych, rozochoconych fanów, którzy szaleją na punkcie tego czy tamtego tytułu. Ja rozumiem, jakby chodziło o naprawdę złe zachowania - jak to było z hetardami, którym się obrywało za zabawy w gwałty. Ale nie o obwieszanie się przypinkami, rany...
      Elita zawsze zachowuje się tak samo. Nie powiesz, że puryści tolkienowscy są inni? A fandom Tolkiena jest ogromny i będzie rósł, będą powstawały prace fanowskie, będą powstawały "bluźniercze" head canony. Takie życie, takie prawo fanów. Nie można nawoływać do zamknięcia grupy.
      Teraz pomyślałam, że ta idea "obejrzyj 100 sezonów" przypomina mi motyw, który często jest wyśmiewany w amerykańskich serialach czy kreskówkach, w których występują stereotypowe nerdy. Przykładowo mamy nerda, który należy do szkolnego klubu miłośników Star Trek, albo jego odpowiednika z serialu. I w międzyczasie okazuje się, że członkowie popisują się wiedzą o tym, kto co nosił w którym odcinku albo na kogo spojrzał. Nawet kiedyś przewinęło mi się (nie pamiętam w czym, niestety), że warunkiem dołączenia do klubu była znajomość takich pierdółkowatych szczególików. A nerdy były z tego dumne.

      Usuń
    2. No właśnie to jest ciekawe, że ta grupa działa wbrew mechanizmom dotyczących stereotypów - bo mechanizm taki standardowy zakłada, że wewnątrz, "nasi" są postrzegani tylko w dobry sposób, a jak coś złego się przytrafia, no to "niefart", a właśnie złe stereotypy kształtuje się na zewnątrz. Myślę, że sporo do rzeczy ma tutaj niejednolitość, dlatego fandom nie uważam za grupę społeczną, a za społeczność - jest luźniejsza, niejednolita, kontakty przebiegają w inny sposób, itd. Stąd też ta "elitarność" (rzekoma lub nie), ludzi którzy przeważnie siedzą w temacie dłużej (acz niekoniecznie, moim zdaniem sporo do rzeczy ma też ogólny charakter, np. czy jesteś otwarta na ludzi ogólnie, czy też nie).
      Ano właśnie, takie "nerdy" psują opinię ogólnie fandomom, przez co postrzega się fandom jako coś enigmatycznego, niegodnego uwagi reszty. Może w Polsce to nie jest tak widoczne, ale w USA często zaznacza się seksizm, że faceci w fandomie myślą, że jak kobieta np. lubi Star Wars, to jest pozerką i zaraz każą się jej popisywać wiedzą. To samo jest z cosplayem - ostatnio spotkałam się z opiniami, że cosplayerki, które robią dobre cosplaye, to zawodowe modelki i one robią to dla kasy. Skąd to przekonanie - nie mam pojęcia.

      Usuń
  2. Dwoje głównych bohaterów "Yattamana" nie było rodzeństwem, tylko przyjaciółmi :) To tylko drobna uwaga ^^; O reszcie wypowiem się na dA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, my bad. Poprawię to, dzięki za zwrócenie uwagi. Tak to jest, jak człowiek pisze z głowy, czyli z niczego^^;

      Usuń
  3. Dzień dobry wieczór, ja tu z pewnego Karnawału, gdzie właśnie jest polecany Twój tekst. :)

    Zaskoczył mnie rząd tych liczb - 100, 200, 400? Na czym to właściwie ma polegać, co się liczy jako punkt do tych setek - obejrzany odcinek to już "zapoznany" tytuł, czy trzeba odfajkować większość/wszystkie odcinki danej serii, i ona się dopiero liczy jako jedna sztuka? Jak to w ogóle miałoby być fizycznie wykonalne, nie spać, nie jeść, nie chodzić do szkoły/pracy, nie oglądać/czytać niczego innego, tylko przez co najmniej kilka/kilkanaście lat codziennie animo-mangować przez 24/7? I wtedy człowiek ma prawo się uważać za umiarkowanie zorientowanego, jak rozumiem... ale przecież tylko w tych kreskówkach, a co z osadzeniem ich w jakimś szerszym kontekście kulturowym, na który już przecież nie było czasu?

    Podzielam pogląd, że rozwarstwianie fandomów na true elytę i niegodny-miana-fana motłoch jest głupie i fani sam sobie tym strzelają w stopę, jak rewolucjoniści po wygranej rewolucji, na siłę szukający nowego wroga. Trochę jednak obawiam się wylania fanów-ekpertów z kąpielą. Prywatnie zawsze podziwiam fachowców w dowolnej dziedzinie. Ja bym do tego podeszła tak: fan-ekspert, cytujący kanon na wyrywki i mający wkład w fandom, fan-twórczość, fan-site'y i tak dalej, zdecydowanie zasługuje na rispekt i szacun, zwyczajnie dlatego, że każda solidna praca zasługuje. Jak by nie było, eksperci są bankami wiedzy dla całej społeczności. Natomiast źle się zaczyna dziać dopiero wtedy (nie tylko w kwestii fandomowej), gdy eksperckość - a więc wyjątkowość! - zaczyna być obowiązkiem. Z tego, że fan-ekspert zarobił na szacunek, nie wolno wyciągać wniosku odwrotnego - że 'newbie' można zbyć i pogardzać, "spadaj, żaden z ciebie fan". Jak dla mnie, fana definiuje wyłącznie zamiłowanie. Tylko i wyłącznie fan ma prawo decydować, czy jest fanem, czy nie. Eksperckość, moim zdaniem, jest wartością dodaną, bonusową, ale nie ma prawa być jakimś biletem wstępu.
    Nie naplątałam za bardzo? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, bardzo mi miło :)

      To mnie też zastanawiało - bo idąc dalej tą drogą okazuje się, że gdybym przykładowo obejrzała 99 serii, to już się nie liczy, bo punktem wyjścia jest 100. Ponad to ta logika nie zostawia miejsca na własny gust czy wybredność: musisz oglądać chyba wszystko, jak leci. No i to, o czym piszesz, czyli konieczność oglądania non stop (chyba że autor miał na myśli oglądanie serii w gimnazjum, kiedy człowiek ma więcej wolnego czasu).

      Nie namieszałaś, przeciwnie ;)
      Też się obawiam, że w tym "starciu" mogą ucierpieć fani-eksperci, bo może dojść do sytuacji, gdy ktoś, kto posiada naprawdę dużą wiedzę, zostanie zmieszany z błotem za wymądrzanie się. A wymaganie wiedzy eksperckiej od przeciętnego entuzjasty podchodzi pod absurd z gatunku tych, które wyśmiewa się w niektórych amerykańskich komediach i kreskówkach (grupa nerdów, która w szkole zakłada klub fanów czegoś a'la Gwiezdne Wojny i od kandydatów na członka wymaga wiedzy o drobiazgach). Poza tym każdy "newbie" ma potencjał do stanie się ekspertem - więc dlaczego zniechęcać go na samym starcie i wmawiać, że nie jest fanem?

      Dziękuję za wypowiedź! :)

      Usuń