![]() |
| Źródło: doktorowy tumblr |
Kiedy przez ponad pół roku czekasz na wznowienie ulubionego serialu, który to serial śledzisz uważnie od kilku sezonów, nie powinieneś zakładać, że twoja reakcja będzie jednoznacznie pozytywna. Tak długa przerwa, połączona z niejednolitym poziomem serialu, wywołać może zarówno euforię, jak i i rozczarowanie. Albo wręcz doprowadzić do krótkiego zaniku pamięci, przez który mało brakowało, byś o premierze kolejnego sezonu po prostu zapomniał.
Jeśli należycie do tej ostatniej grupy, być może przegapiliście wczorajszą premierę pierwszego odcinka sezonu 9 Doctor Who. Odcinek o jakże baśniowym tytule, The Magician's Apprentice, zainicjował koleją dwunastkę cotygodniowych przygód Doktora i jego towarzyszki.
Szczęśliwie udało mi się pamiętać o premierze - co przyznam, nie było łatwe. Jednak sam odcinek... no właśnie. Ciężko tu o jednoznaczną ocenę. W dalszej części wpisu postaram się wyjaśnić, dlaczego.
Uprzedzam, że ciąg dalszy zawiera spoilery.
Ostatni raz nowym sezonem Doktora ekscytowałam się przed premierą serii 7. Nowa, tajemnicza towarzyszka i rozstanie z Pondami (których wątek zaczął mnie męczyć). Seria 8 bardzo mnie ciekawiła, choć do stanu podekscytowania było mi daleko - co może dziwić, bo dostaliśmy wtedy nowego Doktora. Niestety, spora tu rola mojego rozczarowania odcinkiem jubileuszowym. O serii 9 zaś prawie nie pamiętałam, a informacje, których przed premierą dostarczali twórcy, sprawiły, że nie nastroiłam się w stu procentach pozytywnie (jeśli nie wiecie: zapowiedziano powrót River Song i odejście Jenny Coleman z serialu - z czego ta druga informacja najpewniej zapowiada Ogromne Emocje i Wyciskanie Łez).
The Magician's Apprentice zaczął się dziwnie. Na dzień dobry dostaliśmy wojnę i mrok wylewający się z ekranu. I dłonie z oczami, wciągające ludzi pod powierzchnię. I małego chłopca, który zaraz zginie, oraz Doktora, który chce go uratować. A potem poziom mroku i dramatyzmu tylko rósł: osobnik przypominający Voldemorta (swoją drogą, świetny projekt postaci) ściga Doktora, ten zaś ucieka, chowa się, i, chyba już tradycyjnie, ma umrzeć. Oczywiście ów człowiek-wąż (pseudo-Voldemort) nie jest jedynym, który chce odnaleźć Doktora: konkurencję robi mu Missy, która jednak nie zginęła (co mnie ucieszyło, bo jaki sens mieć postać Mastera tylko po to, by ciągle go uśmiercać?). Teraz wraca, uzbrojona w przyrząd zawierający ostatnie wyznanie Doktora, oraz vortex manipulator, dzięki któremu podróżuje w czasie (na marginesie - wyczuwam w tym zapowiedź River, w końcu to ona posiadała to urządzenie. Co więcej, jak głosi ciekawa teoria fanowska, mogła dostać go po Jacku). Missy zwabia do siebie Clarę, która ma za zadanie odnaleźć Doktora. Doktor zostaje namierzony, Missy i Clara przenoszą się do niego za pomocą vortex manipulatora, a w ślad za nimi podąża człowiek-wąż - jak się okazuje, wysłannik Davrosa. I w ten oto sposób w historię wplątani zostają Dalekowie.
Przyznaję, że sam pomysł na odcinek mi się podobał. Uwielbiam Daleków, a w odcinku dostaliśmy nie tylko ich samych, ale i planetę Skaro. Podobał mi się też projekt wysłannika Davrosa (scena, w której rozpadł się na stado węży, była niezła), oraz powrót Missy. Aczkolwiek muszę przyznać, że z samą Missy mam pewien problem. Missy, Missy... jesteś świetna, ale nie jesteś Johnem Simmem - i byłoby miło, gdyby twórcy wzięli to pod uwagę. Master w wykonaniu Simma nie musiał cięgla powtarzać, że jest szalony. On BYŁ szalony, to szaleństwo dało się dostrzec w jego oczach, niezależnie od tego, co robił i mówił. Missy tego brakuje. Gdy patrzę w jej oczy, nie widzę szaleństwa, i żadne dziwne przyśpiewki, machanie nogami i podskakiwanie do rytmu tego nie zmieni. Missy ma w moim odczuciu wzrok psychopaty. Nie szaleńca z domu wariatów, a szaleńca, który z zimną krwią zamorduje ciebie i twoją rodzinę, a potem wypije herbatę w towarzystwie zwłok. Niestety, Steven Moffat ma bardzo brzydki zwyczaj wpychania postaciom w usta tego, co nie powinny mówić, a najzwyczajniej w świecie pokazać. Podobnie było z River, która wciąż powtarzała, że jest "psychopatą" - i na powtarzaniu się skończyło, bo jej zachowanie na psychopatię nie wskazywało.
Lubię Missy, ale naprawdę... nie trzeba mi na każdym kroku przypominać, że jest "wariatką". Tak samo, jak nie trzeba było przez cały odcinek Deep Breath podkreślać, że Madame Vastra i Jenny są lesbijkami. Jeśli twórcy uznali, że widzowie zapomnieli o tym szczególe, mogli po prostu przedstawić je tak, jak za pierwszym razem: "I'm a Lizard Woman, and this is my wife".
Skoro już wspomniałam o Vastrze i Jenny, w The Magician's Apprentice przykuł moją uwagę bardzo typowy dla obecnego scenarzysty przykład queer baitingu. Pojawił się w scenie, gdy Clara, nauczycielka literatury, zapowiedziała klasie, że będą rozmawiać o Jane Austen. Jane Austen, która była wybitną pisarką, i, tak między nami mówiąc, doskonale całowała - powiedziała Clara, uśmiechając się do okna. Okej, fajne jest to, że postać może być biseksualna. Tyle że sprowadzanie seksualności do wymiany śliny wydaje mi się cokolwiek nie na miejscu. Zwłaszcza w przypadku postaci, która niedawno straciła swojego ukochanego.
Ewentualna biseksualność Clary mi nie przeszkadza, ale sposób, w jaki ją zasugerowano, już tak. Poza tym mam dziwne wrażenie, że do tej kwestii nikt z twórców już nie wróci.
Jeśli zaś chodzi o postacie, to odniosłam wrażenie, że Dwunasty Doktor wciąż nie ma pojęcia, kim tak naprawdę jest. Nie widzę u niego konkretnego charakteru. Ma raczej zlepek mniej lub bardziej przypadkowych cech. Szczęśliwie posiada kilka typowo "Doktorowych", ja chociażby tchórzostwo i chęć ucieczki przed problemami. Ale daję mu szansę, w końcu obejrzeliśmy dopiero pierwszy odcinek.
![]() |
| Źródło: doktorowy tumblr. |
Co do Clary, dziewczyna zostałą w tym odcinku potraktowana bardzo po macoszemu. Rolę towarzysza przejęła niejako Missy - i w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że Clara naprawdę rzadko kiedy miała szansę być prawdziwą towarzyszką dla Doktora. Denerwuje mnie takie traktowanie tej bohaterki. Najpierw nie była towarzyszką, tylko zagadką, Impossible Girl. Potem była nie-Amy, nauczycielką i dziewczyną Danny'ego Pink. Obecnie stała się, jak to określiła Missy, "szczeniaczkiem" towarzyszącym parze z długoletnim stażem. A swoją drogą, czy Steven Moffat sugeruje paring Doktor/Missy (lub też Doktor/fem!Master)? Fragment "Pretty Woman", który Dwunasty zagrał na jej widok na gitarze, mogą nasuwać odpowiedź. Ewentualnie tworzyć klimat pod fanservice.
Ogólnie rzecz ujmując, uważam ten odcinek za średni. Nie był zły, ale... no właśnie. Miał dużo wad. Jedną z nich był klimat. The Magician's Apprentice był, w moim odczuciu, mroczny na siłę. Jak wspomniałam na początku, zaczęło się od wojny, a potem poziom mroku wzrastał. Skończyło się za to na śmierci - śmierci, w które kompletnie nie jestem w stanie uwierzyć, i które na pewno zostaną odwrócone. Jak przecież wiadomo, Steven Moffat bardzo lubi rozwiązanie w postaci "Big Friendly Reset Button".
Mimo to, będę śledzić serię 9. W poprzednim sezonie również nie wszystkie odcinki mi się podobały. Kilka mnie zachwyciło, część zaś uważam za słabe lub takie sobie. Poza tym jest pewien szczegół, który intryguje mnie w tej serii: tytuły odcinków. Jeśli spojrzymy na rozpiskę, zobaczymy, że tytuły układają się parami. Czy twórcy zaserwują nam nie 12 odcinków, tylko 6 podzielonych na dwie części? To by było ciekawe.


No cóż, nie chcę oceniać serii po jednym odcinku, ale tak jak pisałam - były lepsze wejścia. A tutaj pomysł fajny, a wykonanie niezbyt, bo Moffat już zaczyna lecieć swoimi schematami. Miałam takie "ile można?". Dziwi mnie naprawdę, że wciąż producenci BBC boją się odsunąć od stołeczka.
OdpowiedzUsuńTemu nie wypowiadam się o całej serii, tylko o konkretnym odcinku. Naprawdę byłam sfrustrowana -.- Ile można w kółko to samo?
Usuń