![]() |
| źródło |
Ósmy sezon serialu Doctor Who zaczął się i skończył - nie dalej jak wczoraj premierę miała druga część odcinka finałowego serii. Był to sezon bardzo wyczekiwany, przede wszystkim z powodu przejęcia roli Doktora przez nowego aktora. Peter Capaldi, bo o nim mowa, to szkocki aktor będący aktualnie w tym samym wieku, co William Hartnell, odtwórca roli Pierwszego Doktora, kiedy zaczynał pracę na planie serialu.
Ósmy sezon to zatem dojrzalszy aktor, szkocki Doktor, nowa TARDIS, oraz nowa relacja Doktora z towarzyszką (podobnież brak wątku romansowego między Doktorem a Clarą to efekt prośby Capaldiego). Do tego nowy antagonista, oraz nowa postać męska w załodze Doktora; tak w każdym razie wynikało z zapowiedzi.
Podobnie jak reszta fanów, miałam spore oczekiwania względem tego sezonu. Twórcy mieli spore pole do popisu: odcinek jubileuszowy przywrócił Gallifrey, Dwunasty Doktor zaś z jakiegoś powodu ma twarz człowieka, którego wcześniej spotkał. Poza tym nowa twarz oznacza nowy charakter. Jaki będzie ten nowy Doktor? Złośliwy? Miły? Dziecinniejszy od Jedenastego? A może spoważnieje?
Z tymi pytaniami zasiadłam do oglądania, spodziewając się porządnej, dobrej serii. Moje oczekiwania jednak przerosły to, co otrzymałam. Nie obejrzałam, co prawda, serii złej - do takiej temu sezonowi daleko, to trzeba podkreślić. Nie była to jednak seria dobra. Była... nijaka. Tak zwyczajnie, w przeważającej większości, nijaka. Na 12 odcinków zachwycił mnie tylko jeden. Kilka mi się podobało od pewnego momentu, trzy lub cztery mogę uznać za porządnie zrobione. Większość jednak mnie nie porwała, a momentami wręcz wynudziła.
Poza nijakością sezonowi ósmemu zarzuciłabym jeszcze sporego kalibru niespójność. Wydawało mi się, że twórcy poszczególnych odcinków nie mogą się zgodzić co do charakteru Doktora. Dwunasty jest szkocki i złośliwy - te dwie cechy, trzeba przyznać, przewijają się przez wszystkie odcinki. Ale co poza tym? W Kill the Moon twierdzi, że los księżyca to nie jego sprawa, bo jest to coś, co należy do mieszkańców Ziemi, on zaś, Doktor, z Ziemią nie ma nic wspólnego. Z kolei we Flatline staje naprzeciw najeźdźców i oznajmia, że Ziemia jest chroniona. Chroniona przez niego, przez Doktora - tego samego, który dopiero co twierdził, że nie ma z nią nic wspólnego (Kill the Moon i Flatline dzieli nie więcej niż jeden odcinek). Jego złośliwość wobec Clary przedstawiona została niezbyt wysokich lotów docinkami pod adresem jej wyglądu.
Sama Clara również wypadała niejednakowo. To akurat mnie nie zaskoczyło - zakładałam, że po rozwiązaniu tajemnicy "impossible girl" twórcy mogą nie mieć dla tej postaci nowego, że tak to ujmę brzydko, zastosowania. Przez większość czasu "towarzyszka Doktora, Clara Oswald" zostaje więc zredukowana do "nauczycielki, panny Clary Oswald": zostaje wciśnięta w ubrania, przez które nawet postacie poboczne stwierdzają, że wygląda jak nauczycielka, a w czasie, którego nie spędza w TARDIS, przebywa w szkole. W szkole też poznaje Danny'ego Pink: męską postać dodatkową tego sezonu, zapowiadaną szumnie przed premierą. Danny, były żołnierz, pracuje w tej samej szkole jako nauczyciel matematyki, mierzy się z traumą i interesuje Clarą. Nie lubi Doktora, a Doktor nie lubi jego. W ten sposób Clara zostaje uwikłana w relację podobną do typowego trójkąta: ląduje między dwoma mężczyznami, których ceni, a którzy z przyjemnością skoczyliby sobie nawzajem do gardeł. W tle zaś radośnie pląsa Missy, która z uśmiechem godnym wprawnego sprzedawcy wita ludzi w zaświatach.
Przyznam, że ze wszystkich wymienionych tu postaci, to właśnie Missy wypada w tym sezonie najlepiej. Żeńskie wcielenie Mistrza (Missy okazuje się skrótem od "Mistress") udowadnia, że jest dla Doktora godnym przeciwnikiem: szalona, manipulująca, bez mrugnięcia okiem pozbywająca się tych, którzy stają się dla niej przeszkodą. Nie pasowała mi jedynie w jednej scenie ostatniego odcinka: w chwili, gdy w sekrecie uwolniła się z kajdanek, po czym oznajmiła Osgood, że zaraz ją zabije. Cała ta scena opierała się na tym, iż Missy podkreślała swoje szaleństwo - zachowała się identycznie jak swego czasu River Song, która dobitnie i na każdym kroku podkreślała, iż jest psychopatka. Podkreślała słowami; zabrakło jednak czynów. To samo zrobiła w odcinku finałowym Missy, gdy podkreślała, że nie jest zdrowa na umyśle. Niestety, ani jej mimika, ani gesty nie przekonały mnie, że to taki właśnie rodzaj szaleństwa. Owszem, Missy jest szalona, ale na swój indywidualny sposób. Naprawdę nie ma potrzeby nawiązywać do postaci Mistrza granej przez Johna Simma (to wcielenie było kwintesencją wariactwa).
Missy wypada najlepiej, zaś ostatnie miejsce na liście dobrych postaci tego sezonu, przypada Danny'emu. Niestety, Danny Pink okazał się osobą irytująco bezbarwną, o skłonności do decydowania za innych o tym, co jest dla nich najlepsze (najmocniej widać to w końcówce ostatniego odcinka, gdy Danny popełnia coś, co określam mianem "aktu ostatecznego egoizmu"). Pan Pink przez wszystkie odcinki stanowi jedynie dodatek do Clary. Ziemski dodatek, należy podkreślić, gdyż nigdy nie stał się częścią załogi TARDIS. Jego związek z Clarą zaś został poprowadzony w najgorszy możliwy sposób: rozwijał się niejako "za kulisami", a widzowie raczeni byli jedynie pustymi, nie znajdującymi pokrycia zapewnieniami o miłości między tą dwójką. Zapewnieniami pustymi, gdyż nawet między aktorami nie było czuć żadnej chemii.
Jakość odcinków była różna. Większość nie porywała, bądź zaczynała porywać po jakimś czasie (z reguły od mniej więcej połowy). Całkiem niezły, acz niepozbawiony zgrzytów, odcinek pierwszy (Deep Breath), rewelacyjny Robot of Sherwood (powrót do podróży w czasie) i Flatline (mój absolutny faworyt, z Clarą oderwaną od zawodu nauczycielki i Doktorem, który... wreszcie zaczął być Doktorem), dobry Mummy on the Orient Express (wraz z Flatline napisany przez tego samego scenarzystę), nie powalący Time Heist, taki sobie Into the Dalek, kiepski The Caretaker, przekombinowany Listen, nudny In the Forest of the Night i tragiczny Kill the Moon. No i finał złożony z dobrego Dark Water i średniego Death in Heaven. Odcinki, które uważam za nudne, średnie, takie sobie czy nie powalające, łączy jedno: we wszystkich na dobrą sprawę brakowało mi Doktora. Nie w sensie fizycznym, oczywiście. Brak zdecydowania twórców co do jego charakteru zaowocował tym, że w większości odcinków nie dało się wyczuć tego, że postać, którą gra Peter Capaldi, to Doktor. Więcej: odniosłam wrażenie, że Capaldi w wielu odcinkach nie mógł tak naprawdę grać, że ograniczał go kiepsko napisany scenariusz. A takiego nawet najlepszy aktor, niestety, nie uratuje.
Być może miałam zbyt wysokie oczekiwania co do tego sezonu. Ciężko stwierdzić. Faktem jest, że po męczących już mnie przygodach Pondów ucieszyłam się najpierw na wieść o nowej towarzyszce, a potem na nowego Doktora. I zarówno towarzyszka jak i Doktor mogli okazać się świetni. Mogli, gdyby nie taka sobie oprawa, stworzona przez osoby, które dawniej udowadniały, że mogą wiele. Czyżby główny scenarzysta zwyczajnie się... wypalił?
Przypuszczam, że w przyszłości będę traktować ten sezon jako przejściowy. Będzie to pewna część historii Dwunastego Doktora. Jeszcze nie ta właściwa, co najwyżej wstęp; prolog do rozpoczętego w odcinku rocznicowym wątku poszukiwań Gallifrey.
Liczę, że przyszły sezon przyniesie pełny obraz nowego Doktora, oraz konkretnych towarzyszy, z którymi twórcy będą umieli sobie poradzić. Mam też nadzieję, że scenarzyści pozwolą wreszcie wykazać się Capaldiemu - bo jaki jest sens zatrudniać świetnego aktora dla samego nazwiska? Liczę również na powrót Missy, która jaki Mistrz była na ekranie zdecydowanie za krótko.
Pozostaje mi czekać na odcinek świąteczny i ewentualne rozwiązanie historii Doktora i Clary (ich pożegnanie w ostatnich minutach finału nie wydawało mi się ostateczne).
Sezonowi przyznaję 6/10 punktów w mojej skali. Nie sądzę, żeby był dobry dla nowego fana, który próbuje wdrożyć się w uniwersum Doktora. Takim polecam raczej sezon pierwszy lub piąty.
Ósmy sezon to zatem dojrzalszy aktor, szkocki Doktor, nowa TARDIS, oraz nowa relacja Doktora z towarzyszką (podobnież brak wątku romansowego między Doktorem a Clarą to efekt prośby Capaldiego). Do tego nowy antagonista, oraz nowa postać męska w załodze Doktora; tak w każdym razie wynikało z zapowiedzi.
Podobnie jak reszta fanów, miałam spore oczekiwania względem tego sezonu. Twórcy mieli spore pole do popisu: odcinek jubileuszowy przywrócił Gallifrey, Dwunasty Doktor zaś z jakiegoś powodu ma twarz człowieka, którego wcześniej spotkał. Poza tym nowa twarz oznacza nowy charakter. Jaki będzie ten nowy Doktor? Złośliwy? Miły? Dziecinniejszy od Jedenastego? A może spoważnieje?
Z tymi pytaniami zasiadłam do oglądania, spodziewając się porządnej, dobrej serii. Moje oczekiwania jednak przerosły to, co otrzymałam. Nie obejrzałam, co prawda, serii złej - do takiej temu sezonowi daleko, to trzeba podkreślić. Nie była to jednak seria dobra. Była... nijaka. Tak zwyczajnie, w przeważającej większości, nijaka. Na 12 odcinków zachwycił mnie tylko jeden. Kilka mi się podobało od pewnego momentu, trzy lub cztery mogę uznać za porządnie zrobione. Większość jednak mnie nie porwała, a momentami wręcz wynudziła.
Poza nijakością sezonowi ósmemu zarzuciłabym jeszcze sporego kalibru niespójność. Wydawało mi się, że twórcy poszczególnych odcinków nie mogą się zgodzić co do charakteru Doktora. Dwunasty jest szkocki i złośliwy - te dwie cechy, trzeba przyznać, przewijają się przez wszystkie odcinki. Ale co poza tym? W Kill the Moon twierdzi, że los księżyca to nie jego sprawa, bo jest to coś, co należy do mieszkańców Ziemi, on zaś, Doktor, z Ziemią nie ma nic wspólnego. Z kolei we Flatline staje naprzeciw najeźdźców i oznajmia, że Ziemia jest chroniona. Chroniona przez niego, przez Doktora - tego samego, który dopiero co twierdził, że nie ma z nią nic wspólnego (Kill the Moon i Flatline dzieli nie więcej niż jeden odcinek). Jego złośliwość wobec Clary przedstawiona została niezbyt wysokich lotów docinkami pod adresem jej wyglądu.
Sama Clara również wypadała niejednakowo. To akurat mnie nie zaskoczyło - zakładałam, że po rozwiązaniu tajemnicy "impossible girl" twórcy mogą nie mieć dla tej postaci nowego, że tak to ujmę brzydko, zastosowania. Przez większość czasu "towarzyszka Doktora, Clara Oswald" zostaje więc zredukowana do "nauczycielki, panny Clary Oswald": zostaje wciśnięta w ubrania, przez które nawet postacie poboczne stwierdzają, że wygląda jak nauczycielka, a w czasie, którego nie spędza w TARDIS, przebywa w szkole. W szkole też poznaje Danny'ego Pink: męską postać dodatkową tego sezonu, zapowiadaną szumnie przed premierą. Danny, były żołnierz, pracuje w tej samej szkole jako nauczyciel matematyki, mierzy się z traumą i interesuje Clarą. Nie lubi Doktora, a Doktor nie lubi jego. W ten sposób Clara zostaje uwikłana w relację podobną do typowego trójkąta: ląduje między dwoma mężczyznami, których ceni, a którzy z przyjemnością skoczyliby sobie nawzajem do gardeł. W tle zaś radośnie pląsa Missy, która z uśmiechem godnym wprawnego sprzedawcy wita ludzi w zaświatach.
Przyznam, że ze wszystkich wymienionych tu postaci, to właśnie Missy wypada w tym sezonie najlepiej. Żeńskie wcielenie Mistrza (Missy okazuje się skrótem od "Mistress") udowadnia, że jest dla Doktora godnym przeciwnikiem: szalona, manipulująca, bez mrugnięcia okiem pozbywająca się tych, którzy stają się dla niej przeszkodą. Nie pasowała mi jedynie w jednej scenie ostatniego odcinka: w chwili, gdy w sekrecie uwolniła się z kajdanek, po czym oznajmiła Osgood, że zaraz ją zabije. Cała ta scena opierała się na tym, iż Missy podkreślała swoje szaleństwo - zachowała się identycznie jak swego czasu River Song, która dobitnie i na każdym kroku podkreślała, iż jest psychopatka. Podkreślała słowami; zabrakło jednak czynów. To samo zrobiła w odcinku finałowym Missy, gdy podkreślała, że nie jest zdrowa na umyśle. Niestety, ani jej mimika, ani gesty nie przekonały mnie, że to taki właśnie rodzaj szaleństwa. Owszem, Missy jest szalona, ale na swój indywidualny sposób. Naprawdę nie ma potrzeby nawiązywać do postaci Mistrza granej przez Johna Simma (to wcielenie było kwintesencją wariactwa).
Missy wypada najlepiej, zaś ostatnie miejsce na liście dobrych postaci tego sezonu, przypada Danny'emu. Niestety, Danny Pink okazał się osobą irytująco bezbarwną, o skłonności do decydowania za innych o tym, co jest dla nich najlepsze (najmocniej widać to w końcówce ostatniego odcinka, gdy Danny popełnia coś, co określam mianem "aktu ostatecznego egoizmu"). Pan Pink przez wszystkie odcinki stanowi jedynie dodatek do Clary. Ziemski dodatek, należy podkreślić, gdyż nigdy nie stał się częścią załogi TARDIS. Jego związek z Clarą zaś został poprowadzony w najgorszy możliwy sposób: rozwijał się niejako "za kulisami", a widzowie raczeni byli jedynie pustymi, nie znajdującymi pokrycia zapewnieniami o miłości między tą dwójką. Zapewnieniami pustymi, gdyż nawet między aktorami nie było czuć żadnej chemii.
Jakość odcinków była różna. Większość nie porywała, bądź zaczynała porywać po jakimś czasie (z reguły od mniej więcej połowy). Całkiem niezły, acz niepozbawiony zgrzytów, odcinek pierwszy (Deep Breath), rewelacyjny Robot of Sherwood (powrót do podróży w czasie) i Flatline (mój absolutny faworyt, z Clarą oderwaną od zawodu nauczycielki i Doktorem, który... wreszcie zaczął być Doktorem), dobry Mummy on the Orient Express (wraz z Flatline napisany przez tego samego scenarzystę), nie powalący Time Heist, taki sobie Into the Dalek, kiepski The Caretaker, przekombinowany Listen, nudny In the Forest of the Night i tragiczny Kill the Moon. No i finał złożony z dobrego Dark Water i średniego Death in Heaven. Odcinki, które uważam za nudne, średnie, takie sobie czy nie powalające, łączy jedno: we wszystkich na dobrą sprawę brakowało mi Doktora. Nie w sensie fizycznym, oczywiście. Brak zdecydowania twórców co do jego charakteru zaowocował tym, że w większości odcinków nie dało się wyczuć tego, że postać, którą gra Peter Capaldi, to Doktor. Więcej: odniosłam wrażenie, że Capaldi w wielu odcinkach nie mógł tak naprawdę grać, że ograniczał go kiepsko napisany scenariusz. A takiego nawet najlepszy aktor, niestety, nie uratuje.
Być może miałam zbyt wysokie oczekiwania co do tego sezonu. Ciężko stwierdzić. Faktem jest, że po męczących już mnie przygodach Pondów ucieszyłam się najpierw na wieść o nowej towarzyszce, a potem na nowego Doktora. I zarówno towarzyszka jak i Doktor mogli okazać się świetni. Mogli, gdyby nie taka sobie oprawa, stworzona przez osoby, które dawniej udowadniały, że mogą wiele. Czyżby główny scenarzysta zwyczajnie się... wypalił?
Przypuszczam, że w przyszłości będę traktować ten sezon jako przejściowy. Będzie to pewna część historii Dwunastego Doktora. Jeszcze nie ta właściwa, co najwyżej wstęp; prolog do rozpoczętego w odcinku rocznicowym wątku poszukiwań Gallifrey.
Liczę, że przyszły sezon przyniesie pełny obraz nowego Doktora, oraz konkretnych towarzyszy, z którymi twórcy będą umieli sobie poradzić. Mam też nadzieję, że scenarzyści pozwolą wreszcie wykazać się Capaldiemu - bo jaki jest sens zatrudniać świetnego aktora dla samego nazwiska? Liczę również na powrót Missy, która jaki Mistrz była na ekranie zdecydowanie za krótko.
Pozostaje mi czekać na odcinek świąteczny i ewentualne rozwiązanie historii Doktora i Clary (ich pożegnanie w ostatnich minutach finału nie wydawało mi się ostateczne).
Sezonowi przyznaję 6/10 punktów w mojej skali. Nie sądzę, żeby był dobry dla nowego fana, który próbuje wdrożyć się w uniwersum Doktora. Takim polecam raczej sezon pierwszy lub piąty.

Mamy właściwie podobne zdania na temat tego sezonu, to co się będę powtarzać ;) Dodam tylko, że zostałam brzydko zjechana na stronie o DW za podobne słowa o Dannym, że zachował się jak egoista, bo "hurr durr, przecież to było altruistyczne :C". Tylko ludzie nie myślą, jak to wygląda z perspektywy Clary, a dwa: w normalnych warunkach nie miałby możliwości przywrócenia życia chłopcu. I coś jest w powiedzeniu, że altruizm jest zawsze podszyty egoizmem, być może nawet jeszcze gorszym, niż wtedy, gdy nasze zachowanie jest wprost egoistyczne. Ja liczę na rozwiązanie wątku z Gallifrey. Miejmy nadzieję, że tym razem to nie będzie olane. I wolę, żeby się okazało, że Clara jest w ciąży i odeszła właśnie z tego powodu, niż tak, jak to było przedstawione w ostatnim odcinku: bez emocji, jak dla mnie.
OdpowiedzUsuńNo i czego się spodziewasz po stronie, której społeczność, jak sama raz mówiłaś, nie da złego słowa powiedzieć na Moffata?
UsuńJuż Ci mówiłam, co myślę o zachowaniu Danny'ego: altruizm powinien być uniezależniony od osobistych odczuć, a w jego przypadku za całość odpowiadały wyrzuty sumienia. W sumie ciekawe, że bardziej przejmował się chłopcem, którego nie znał, niż własną dziewczyną, którą podobno kochał.
Rozstanie z Clarą na pewno jeszcze wróci, co przecież oboje, Clara i Doktor, kłamali.