niedziela, 19 października 2014

Cudowne lata 90

[x]
Dwadzieścia lat temu przypadł w historii okres, do dziś wspominany przez wielu jako najcudowniejszy czas w dziejach ludzkości. Wtedy w radiu leciała tylko porządna muzyka, w telewizji był prawdziwe filmy, a dziecięcą zabawę na dworze przerywało obowiązkowe oglądanie Dragon Ball na RTL 7. Weekendy rozpoczynały się blokami kreskówek i programów dla dzieci młodzieży. Youtube był raz w tygodniu (w postaci kultowego programu Śmiechu Warte), a każdy szanujący się fan muzyki wiedział, co łączy ołówek i kasetę magnetofonową.
Zapraszam na mały przegląd elementów niegdysiejszego życia codziennego, na  swoistą podróż sentymentalną w realia, których "dzisiejsza młodzież" podobno w żaden sposób nie zrozumie.

Poniższy opis będzie zawierał własne przemyślenia, których podstawą jest doświadczenie (tj. wychowanie w opisywanej dekadzie), oraz zestawienie ich z ogólnie pojętym zachwytem, który nie raz można znaleźć w nostalgicznych zbiorkach zdjęć, krążących po Internecie.


Jak wiemy, w Polsce na lata dziewięćdziesiąte przypadł bardzo szczególny okres w historii. Transformacja ustrojowa, wyjście z magicznej epoki komunizmu, kiedy to wszyscy mieli wszystko, a w sklepach był tylko ocet, i dumne wkroczenie do świata demokracji i kapitalizmu, w którym można kupić wszystko, choć nie każdego na owo wszystko stać. Nagle sklepy wypełniły się nowościami, kusząc obywateli perspektywą posiadania. I to właśnie chęć posiadania konkretnych fantów jest jedną z rzeczy, które najbardziej zapamiętałam z lat dziewięćdziesiątych.
Istnieje jednak znacząca różnica miedzy chęcią posiadania w tamtych czasach, a obecną. Aktualnie najróżniejszych gadżetów mamy w bród. Momentami zdaje się, że jest ich wręcz za dużo. Co chwilę dostajemy nowe, aktualniejsze wersje tego, co już zdobyliśmy, przez co możemy się czuć przytłoczeni. Obecnie rywalizacja na gruncie posiadania dotyczy przede wszystkim marki naszego gadżetu. Ot, ja posiadam najnowszego smartfona firmy X, a Kowalski z naprzeciwka ma identycznego, ale firmy Y. Oba mają to samo w środku, różnią się jedynie logiem.  Z kolei w latach dziewięćdziesiątych marka nie odgrywała aż tak ważnej roli. Gadżetów było o wiele, wiele mniej, zatem liczyło się przede wszystkim to, że coś masz. Innowacje zaś zachwycały, bo (jak uświadamiamy sobie po latach) dla nas, Polaków, oznaczały dostęp do czegoś lepszego, po latach utrudnionego dostępu do czegokolwiek. Gdy miałeś walkmana, byłeś kimś. Jeśli twój walkman posiadał funkcję przewijania kaset w obie strony, byłeś więcej, niż kimś. A jeśli mogłeś się pochwalić posiadaniem discmana, rządziłeś na podwórku: możliwość cofania piosenki bez nadmiernego zużywania baterii, plus brak obaw, że nośnik się zniszczy od przewijania ręcznego (odsyłam do zagadki o tym, co łączyło kasetę magnetofonową i ołówek). Słowem: pełny lans. A potem płacz, gdy chcieliśmy zabrać discman na wycieczkę szkolną, lub wykorzystać do uprawiania sportu przy muzyce (rower, biegi). Odporność na wstrząsy istniała tylko na papierze, wydrukowana w instrukcji obsługi.
Obecnie nie bardzo jest się czym pochwalić - a na pewno nie w takim stylu. Sprzętu do słuchania muzyki jest masa, więc najnowszy model przenośnego odtwarzacza na nikim nie robi już wrażenia.

Druga rzecz, z którą bardzo mocno kojarzą mi się lata dziewięćdziesiąte, to konieczność dostosowania czasu wolnego do zegarka. Nie chodzi tu bynajmniej o rodzicielskie ustalenia godziny snu.
[x]

Czytając wspomnienia dzieciaków wychowanych w latach dziewięćdziesiątych, często natykamy się na nostalgiczne "ach, kiedyś to się oglądało". Nostalgiczne i uzasadnione - bo nie ma wątpliwości, że się oglądało. W telewizji, ponieważ w epoce przed intensywnym rozwojem Internetu to ona pozostawała standardowym źródłem codziennej rozrywki. Popołudniowy rozkład dnia przeciętnego dzieciaka i nastolatka opierał się o godziny emisji ulubionych kreskówek i seriali. Słynne, często powtarzane w kompilacjach wspomnień z lat dziewięćdziesiątych stwierdzenie, że o godzinie 16 podwórka pustoszały, nie jest w żadnym razie na wyrost. W czasie rozwoju telewizji kablowej właśnie około godziny 15-16 rozpoczynał się blok kreskówek i anime na RTL 7 (później TVN 7).
Samo oglądanie było jak rytuał. Gdy zbliżała się wyznaczona godzina, siadało się, (nierzadko w większym gronie, czy to rodziny czy znajomych) przed odbiornikiem i czekało na rozpoczęcie ulubionego programu. Do znaczących pór zaliczały się przede wszystkim sobotnie poranki, niedzielne przedpołudnia, wczesne i/lub późne popołudnia w tygodniu (zależnie od tego, co oglądaliśmy), oraz późne wieczory w weekendy. W ramówce zaś szeroki wybór filmów i seriali: od sensacyjnych, przez obyczajowe i komediowe, po różnego kalibru fantasy (jak zaliczana obecnie do klasyki "Buffy: Postrach wampirów", czy też "Xena: Wojownicza księżniczka" i "Herkules" - seriale o wyjątkowo kiczowatych - z dzisiejszej perspektywy - efektach specjalnych). No i oczywiście kultowa Wieczorynka, której zdjęcie z anteny najgłośniej opłakiwało wychowane na niej pokolenie lat dziewięćdziesiątych.
Obecnie, w dobie Internetu, oglądanie czegokolwiek nie jest już uzależnione od pamiętania godziny emisji. Istnieją dziesiątki stron, na których można w każdej chwili obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu. Według tej samej zasady funkcjonują zapewne dzisiejsze dzieciaki. Dlatego właśnie nie opłakiwały głośno zdjęcia Wieczorynki; również dlatego nie istnieje dzisiaj zjawisko opustoszałego podwórka około godziny 16. Nie istnieje tak, jak nie istnieją już bloki kreskówek. Te przeniosły się najpierw na specjalnie utworzone kanały telewizyjne dla dzieci i młodzieży, a potem musiały stoczyć walkę z Internetem i stronami, na których można oglądać seriale animowane, zarówno aktualne jak i te starsze, które doskonale zna pokolenie lat dziewięćdziesiątych.
Rytuał wspólnego oglądania o konkretnej porze zniknął, zabierając ze sobą swego rodzaju magię. Za zmianę tę odpowiada przede wszystkim Internet. Ciężko mi jednak stwierdzić, czy jest to jego wina, czy raczej zasługa.

Kolejne typowe dla lat dziewięćdziesiątych zjawisko, które mocno zapadło mi w pamięć, to zwyczaj gromadzenia dziwnych kolekcji, praktykowany przez młodsze pokolenie. Kolekcjonowanie samo w sobie nie jest, oczywiście, domeną tylko i wyłącznie lat dziewięćdziesiątych - tu chodzi raczej o to, co wtedy kolekcjonowano. I tak jak obecnie fajne dziecięce kolekcje są intensywnie wspierane przez duże firmy dostarczające, dajmy na to, urocze małe figurki zwierzątek (które można kupić tylko w dobrych sklepach z zabawkami), tak dwadzieścia lat temu drobiazgi do zbierania można było... znaleźć w artykułach spożywczych. Żeby wymienić kilka: czterokadrowe komiksy z Kaczorem Donaldem w opakowaniach gumy balonowej, naklejki z samochodami w innych gumach, naklejki ze Spice Girls (w czasach świetności grupy można było kupić sygnowane nazwą zespołu lizaki Chupa Chups w wybuchającym opakowaniu, w środku którego był lizak i naklejka), oraz Tazo, krążki znajdywane w paczkach czipsów. Dzięki tym ostatnim można było zebrać kolekcję dotyczącą uniwersum "Gwiezdnych Wojen", zgromadzić zbiór flag narodowych, zwierząt, lub Pokemonów. Jak mawiają wspominający, zbierało się, grało i wymieniało.
Istniały także kolekcje niewywodzące się z dodatków do gum, lizaków i czipsów. Wśród tych prym wiodły zbiory kolorowych karteczek do segregatora i notesu.
Obecnie ze starych źródeł fantów do zbierania ostały się chyba jedynie jajka z niespodzianką. Z kolei producenci czipsów zamiast kusić kolekcjami Tazo, wolą obiecać możliwość znalezienia w paczkach pieniędzy. Powodów tej zmiany jest wiele. Jednym z nich jest zapewne łatwość w zdobyciu oryginalnych gadżetów, kart, bądź gier, które powstały dla danego tytułu. Przypuszczam, że współczesny młody Kowalski, fan Pokemonów, prędzej wyda pieniądze na grę z serii "Pokemon", niż na paczki czipsów, dzięki którym być może zbierze chociaż część krążków z kieszonkowymi potworami.

Pozostając w sferze dotyczącej zachęcania do kupna, pozwolę sobie wspomnieć o jeszcze jednym elemencie rzeczywistości sprzed dwudziestu lat, który wyjątkowo zapadł mi w pamięć: o reklamach. Oczywista rzecz, że obecnie też je mamy, do tego w ilościach przekraczających ludzkie pojęcie. Gdy o nich myślę, mam przed oczami jedną szarą masę, z której co jakiś czas wybija się pojedynczy spot. Z kolei reklamy telewizyjne z lat dziewięćdziesiątych mają to do siebie, że pamięta je chyba większość ludzi, którzy tamte czasy przeżyli. Powodów takiego stanu rzeczy, jak zwykle, jest kilka. Po pierwsze, specyfika okresu, na który przypadły w Polsce lata dziewięćdziesiąte. Po drugie, o wiele mniejsza konkurencja, a co za tym idzie - mniej reklam podobnych do siebie produktów. Po trzecie, wchodzące na rynek produkty otrzymywały nowe hasła reklamowe, które w tamtych czasach były chwytliwe. Aktualnie, po latach obecności na rynku, dana marka musiała owe hasło z różnych powodów zmienić - a zmiana niekoniecznie musiała wyjść na dobre. To, oraz fakt, iż rynek jest obecnie przesycony towarami i reklamami. W efekcie reklamy z lat dziewięćdziesiątych kojarzy się jako te ciekawsze, zapadające w pamięć, okraszone chwytliwymi hasłami (czasem nawiązującymi do kultury wysokiej - za przykład niech posłuży kultowa już reklama proszku do prania z hasłem: "Ojciec, prać?"). Może wyglądały kiczowato (zasługa ówczesnej mody i bardzo słabych efektów specjalnych), może śpiewano w nich głupkowate piosenki, ale rolę udało im się spełnić. W dodatku na tyle skutecznie, że nawet teraz cukierki Mentos kojarzy mi się właśnie ze starą reklamą, w której kobiecie łamie się obcas buta, a ona po zjedzeniu cukierka odłamuje drugi i idzie dalej. Względnie współczesnej reklamy Mentosów sobie nie przypominam.

Ostatnią z cech charakterystycznych lat dziewięćdziesiątych, którą lubią przywoływać również autorzy kompilacji wspomnień z epoki, jest muzyka. Podobno o niebo lepsza od całego tego dzisiejszego "chłamu". Słuszność tezy poparta przykładem: porównaniem, załóżmy, utworu Freddiego Mercurego (z jednej z wcześniejszych dekad) z klubowym kawałkiem Beyoncé lub Rihanny.
[x]
Dla mnie muzyka popularna z lat dziewięćdziesiątych nie była ani lepsza ani gorsza od współczesnej. Była inna, tak jak inna była obowiązująca moda. Królowały zespoły: girlsbandy, boysbandy i grupy mieszane. Obecnie faworyzowani są soliści, a jedyny lansowany w mediach boysband ciężko zestawić z wzorcem typowej męskiej grupy z okresu ich popularności. Muzyka z tamtych lat, podobnie jak dzisiejsza, miała swoje lepsze i gorsze momenty. Był utwory przełomowe, były piosenki  głębokich tekstach, a także te o głupim tekście i wpadającej w ucho melodii. Ogólne brzmienie było inne - jak powiedziałam, nie lepsze i nie gorsze - z powodu innej technologii użytej przy produkcji. Byli artyści faktycznie utalentowani, byli także ci, którzy bezwstydnie korzystali z playbacku podczas koncertów (i nie oszukujmy się: wykonawcy wylansowani dla zarabiania pieniędzy to nie tylko domena dzisiejszych czasów. Przypomnijmy sobie chociażby skandal z Milli Vanilli).

Przeglądając strony internetowe z bardziej lub mniej śmiesznymi (w założeniu) obrazkami, co jakiś czas trafiam na kompilacje wspomnień z lat 90. Wszystkie łączy jedno: bezkrytyczny zachwyt. Bo co to się nie robiło, w co się nie bawiło, czego nie oglądało. Dodajmy zdjęcie konsoli na kartridże (9999999 gier w 1, jak dumnie głosiła naklejka), starego tamagotchi, gumy do skakania, oranżady w szklanej butelce, paska gum kulek i napiszmy, że dzisiejsza młodzież nie zrozumie. Nie zrozumie, bo oczywiście zamiast żuć gumę, pić oranżadę i bawić się na dworze, nic tylko siedzi i gra w gry (choć konsoli i tak nie zrozumie, bo rozpuszczona młodzież zna tylko gry w HD i nie pojmuje, że kiedyś postać składała się z kilku pikseli, a nie z kilku milionów). Z łezką w oku wspominajmy, jak to bawiliśmy się w chowanego i berka, wisieliśmy na trzepaku, graliśmy w piłkę na kawałku trawnika (za bramki służyły plecaki), budowaliśmy bazę, szaleliśmy na jednym rowerze (bo nie każdy miał swój), a do domu wracaliśmy, jak zapaliły się latarnie. Dzisiejsza młodzież nie zrozumie, bo nie zna niczego, poza komputerem.
Tego rodzaju przytyki jednocześnie mnie śmieszą i irytują. Pomińmy fakt, że dzieci mimo wszystko bawią się na zewnątrz. Zastanówmy się: kto głosi tezy o wyższości lat dziewięćdziesiątych (i osiemdziesiątych)? Dzieciaki, które się w owym czasie wychowały. Lata dziewięćdziesiąte były 20 lat temu, lata osiemdziesiąte - 30 lat temu. Innymi słowy tezy, oraz wszelkiej maści narzekania pod adresem współczesnych dzieciaków, które nie umieją bawić się inaczej niż w domu, wychodzą od ludzi, którzy potencjalnie sami mogą już mieć dzieci. Teraz zastanówmy się: skąd dzieciaki lat dziewięćdziesiątych znały sporą część swoich zabaw? Od innych dzieci. Od starszych kolegów lub starszego rodzeństwa. Od rodziców. Inaczej mówiąc, ktoś im te zabawy przedstawił, wyjaśnił ewentualne zasady, a potem w zabawę angażowało się więcej osób i zasady przechodziły dalej. Mamy zatem sytuację, w której osoby dorastające w "cudownych latach", którym ktoś przedstawił najróżniejsze możliwości spędzania czasu, narzekają na współczesne (może i swoje?) dzieci, które z jakiegoś powodu nie urodziły się z umiejętnością grania w podchody.
Sytuacja wydaje mi się po prostu śmieszna - zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, czemu obecni 20-30 latkowie mogą nie widzieć w niej swojej winy. Nie widzą jej, bo cała idea wyższości lat dziewięćdziesiątych (i osiemdziesiątych) nad obecnymi to nic innego, jak zwykła tęsknota za dzieciństwem. Pogrążamy się w nostalgii, wspominamy dzieciństwo: czas beztroski, zabawy, oglądania kreskówek i grania w piłkę. Wspominamy, a potem żałujemy. Nasze dzieciństwo się skończyło.

Uważam, że jakakolwiek dyskusja o wyższości jednej dekady nad drugą, nie ma najmniejszego sensu. Większość dyskutujących podejdzie do tematu stronniczo, opierając się na wspominaniu dzieciństwa, nie na faktycznych zaletach danej epoki. A te posiada każda, nawet obecna, która podobno psuje współczesną młodzież nowinkami technicznymi. Z drugiej strony - współczesne dzieci mają dostęp do zabawek, o których "dzieciaki lat dziewięćdziesiątych" nie mogły nawet marzyć. Być może nowy przenośny odtwarzacz muzyki już tak nie zachwyca, ale za to nie psuje się, gdy chcemy słuchać muzyki podczas uprawiania sportu.
Same lata dziewięćdziesiąte uważam za dekadę interesującą. Nie sądzę, że była lepsza lub gorsza od obecnej. Była inna. A inność to cecha odbierana czysto subiektywnie.

Na zakończenie rozbudowana kompilacja najróżniejszych dóbr, które definiowały lata dziewięćdziesiąte i osiemdziesiąte.



6 komentarzy:

  1. Dobry tekst. Osobiście mnie irytuje hipokryzja współczesnych rodziców, którzy wychowali się w latach 80. czy 90., piszą teksty "Oj, za moich czasów było fajnie, teraz dzieci mają do dupy". Ok, ale kto ponosi za to winę, jak nie oni? Kto chucha i dmucha na dzieci, żeby się nawet nie przewróciły, a potem narzeka, że dziecko "nie zna życia"? Kto twierdzi, że kiedyś dzieci się lepiej bawiły, a sami nie spędzają czasu z własnym dzieckiem? Najłatwiej jest wspominać nostalgicznie własne dzieciństwo, ale nie robić nic w kierunku tego, by ich własne dzieci miały też co wspominać. I to jest zastanawiające. I co ciekawe, jak zadasz takiemu rodzicowi pytanie w tym stylu, to zazwyczaj nabiera wody w usta i nie wie, co powiedzieć. A wydaje mi się, że pracujący człowiek chyba teraz lepiej rozumie własnych rodziców, którzy nie zawsze mieli czas na to, by pobawić się z własnym dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No o to chodzi. Zresztą, w tamtych czasach wcale nie było "lepiej". Na dobrą sprawę dzisiejsze dzieciaki mają wręcz idealnie, bo zobacz: w sklepach jest masa fajnych ubrań, a katalogi zabawek zawierają takie rzeczy, że człowieka zazdrość bierze. No i każdego przeciętnego stać na rower lub deskorolkę - nic, tylko zaszczepiać w dziecku pasję. Dzisiejsze czasy to multum możliwości - niestety z dodatkiem lenistwa.

      Usuń
    2. No właśnie o to chodzi. Obiektywnie rzecz biorąc to lepiej jest teraz, a nie "kiedyś". Ale właśnie, trzeba jeszcze tylko chęci.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. W pewnych kwestiach się z tobą zgodzę, ale z drugiej strony już nie.
    Moje miasto -nieduże, ok 40 tys, osiedle domków wielorodzinnych, szeregowców, a do tego 4 ~bloczki -na oko 100-200+ rodzin/mieszkań, powiedzmy tylko 50 sztuk dzieci/młodzieży.
    Teoretycznie widocznych dzieci powinno być całkiem sporo... Z tym, że wszystkie ~bloczki są ogrodzone, większość szeregowców jest zrobione na wzór zamkniętych osiedli -teren przed domami zarezerwowany na parking i ewentualnie kawałek trawnika przed każdymi drzwiami + osobny ogródek dla każdego, a domki wielorodzinne również stoją na ogrodzonych działkach...
    W ramach osiedla jest skwerek i 1 (słownie: jeden) ogólnodostępny plac zabaw...
    Niestety jest jeszcze jeden problem: co z tego, że ja wyśle moje dziecko (gdybym je miała :P) na plac zabaw, jeśli nie miałoby się z kim bawić! Na ten plac przychodzą TYLKO matki z małymi dziećmi -w dodatku jak już spotkają się trzy to jest wielkie święto- w godzinach przedpołudniowych i czasem wieczorem młodzież, by posiedzieć na ławeczkach.
    Dzieci znają się TYLKO z najbliższymi sąsiadami i zwykle bawią się w swoim gronie (rodzeństwa + sąsiedzi) na zamkniętych podwórkach przed drzwiami, któregoś z nich.
    Moja sąsiadka mając 5-latkę i 7-latka puszcza ich tylko na sąsiednie podwórko. Jeśli dzieci chcą iść na wymieniony wyżej plac zabaw to idzie z nimi lub puszcze je z rodzicem innego dziecka. Nie chodzi o to, że ogólnie dzieciaki mało czasu spędzają na dworze, ale o to, że ich świat ogranicza się do tych kilkudziesięciu metrów w najbliższej okolicy Drzwi.

    Będąc dzieckiem mieszkałam na osiedlu bloków i do dziś pamiętam, że rzadko kiedy wychodząc na dwór nie miałam sie z kim bawić! Jak nie było 'moich', to szłam blok dalej i tam bawiłam się inną grupką.
    No i ZAWSZE wśród rodziców panowała zasada 'wszystkie dzieci są nasze'. Opiekunki (bo zwykle były to matki lub babcie) kontrolując 'swoje' dziecko sprawdzały czy wszystko jest okay z innymi znajomymi dziećmi, jak pojawiał się ktoś obcy, to zawsze interweniowały. Nie pamiętam też sytuacji, gdy jakaś matka ciągle nad nami stała i pilnowała. Zwykle robiły coś w domu i tylko od czasu do czasu przychodziły, wołały, wyglądały przez okno.
    Dziś, rzadko widzę SAMO dziecko. Zawsze gdzieś jest ktoś dorosły i PILNUJE... Więc naprawdę zaczynam rozumieć czemu zamiast iść na spacer/podwórko/plac zabaw rodzice 'każą' dzieciom bawić się w domu, kupują coraz to nową elektronikę itp. Ja też, nie miałabym czasu siedzieć z dzieckiem na placu zabaw przez cały dzień...
    Problem więc jest w... modzie?... na pilnowanie dzieci i chyba mentalności rodziców oraz w zaniku związków międzyludzkich. Skoro dziecko nie może samo oddalić się od Drzwi, to jak ma znaleźć sobie kolegów podwórkowych i z kim ma się bawić?!
    Do tego jeszcze dochodzi kwestia posyłania dzieci do 'najlepszych' szkół i zajęć poza lekcyjnych, więc jak koledzy z klasy są rozsiani po całym mieście, a nie mieszkają na jednym osiedlu, to dziecku pozostaje już tylko facebook.

    Więc pod tym względem lata 80 i 90 były lepsze i takie same dzieciństwo jak moje życzyłabym mojemu dziecku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym, co napisałaś. Ogólnie problem zabawy (czy jej braku) na dworze przez dzisiejsze dzieciaki chciałam poruszyć osobno - bo z jednej strony słyszą narzekania (głównie internetowych miłośników własnego dzieciństwa), a z drugiej słyszę dzieciarnię szalejącą na podwórku na moim osiedlu. Z trzeciej strony jest to, co opisujesz: zamknięte osiedla, place zabaw dla maluchów, posyłanie dzieciaków do najlepszych szkół, zajęcia pozalekcyjne, ciśnienie na bycie najlepszym... że nie wspomnę o tym, że obecnie dzieciaki w wieku szkolnym są testowane równo co trzy lata.
      Dzięki za zwrócenie uwagi na tę kwestię. Zdecydowanie pod tymi względami lata 90 i 80 były lepsze :)

      Usuń