Autor: Katarzyna Szelenbaum
Wydawca: Burda Książki (dawniej G+J Książki)
Rok: 2013 - 2014
![]() |
| Okładki wszystkich pięciu tomów (zdjęcie własne). |
"Wielki Północny Ocean to pięciotomowa powieść rozgrywająca się w fikcyjnym Królestwie Eskaflonu. Rin, syn grabarza, którego – z racji pochodzenia i zajęcia – ludzie zaliczają do nieczystych, trafia pod skrzydła Wolnego Kruka – okrutnego żołnierza, mistrza fechtunku i tortur. Rin, uznając w nim pana swego życia i śmierci, wkracza w świat, w którym tylko bezwzględne posłuszeństwo przynosi bladą obietnicę odnalezienia własnego miejsca w gorzkim morzu ludzkości.
Powieść koncentruje się na doznaniach i przeżyciach głównego bohatera, jego relacjach z innymi ludźmi i – co najistotniejsze – jego kształtującym się sposobie odbierania świata. Mówi o niekompletności bytu ludzkiego, o jego mentalnym i duchowym kalectwie."
Tak zaczyna się prawie każdy opis "Wielkiego Północnego Oceanu", na który dane mi było się natknąć. Widnieje na okładce pierwszego tomu powieści; na pozostałych pojawia się w formie zmodyfikowanej, uzupełnionej o ogólnie zarysowane nowe wydarzenia. Tylko i aż tyle; dostatecznie dużo, by poznać zarys opowieści, lecz zdecydowanie zbyt mało, by przedstawić jej sens.
"Wielki Północny Ocean" to powieściowy debiut Katarzyny Szelenbaum. Debiut obszerny, pięciotomowy (kolejno: "Morze", "Kosmos", "Bóg", "Los" i "Wszędziebądź"); każdy z tomów liczy sobie mniej lub więcej niż 400 stron. Z racji osadzenia akcji w fikcyjnym świecie, w którym wojownicy posługują się mieczami, księgarnie ustawiły ów debiut na półkach z fantastyką. Ciężko jednak uznać ten wybór za jednoznacznie trafny, gdyż "Ocean" niewiele ma wspólnego z "powieścią fantasy" w ogólnym tego słowa rozumieniu. Nie znajdziemy tu Niezłomnego Bohatera, który przemierza radośnie Świat Przedstawiony, gotów popełniać Heroiczne Czyny i za pomocą swego Błyszczącego Miecza wymierzać łotrom Sprawiedliwość. Więcej: jeśli podejdziemy do "Oceanu" nastawieni właśnie na Heroiczne Czyny i Niezłomnych Bohaterów, spotka nas bolesne rozczarowanie. Pod cieniutkim płaszczykiem fantasy kryje się bowiem powieść psychologiczna, skoncentrowana na wewnętrznym życiu protagonisty - wspomnianego Rina, syna grabarza. Oddany pod opiekę wojskowych młodzieniec po jakimś czasie staje się podopiecznym niesławnego porucznika Danaena, zwanego Dzikim Krukiem. Od tego dnia żołnierz staje się centrum kosmosu Rina, panem jego losu, bogiem, który jako jedyny ma prawo decydować o jego życiu i śmierci.
"Wielki Północny Ocean" to w moim odczuciu zdecydowane przeciwieństwo lekkiej i niezobowiązującej, czysto rozrywkowej fantastyki. Opisany na kartach powieści świat raczej nie zachęca do odwiedzenia. Eskaflon jest ponury, ciemny i gęsto zalesiony, do tego w większości zamieszkały przez, jak się wydaje, brudasów, prostaków, biedotę, wojsko, właścicieli domów uciech i zepsutą do szpiku kości szlachtę. Taki obraz widzimy, patrząc na Eskaflon oczami Rina.
Stopniowo dowiadujemy się, iż królestwo zamieszkują również inne rodzaje ludzi: filozofowie, uczeni, urzędnicy państwowi, czy też szlachta mniej zepsuta, acz znacznie bardziej niebezpieczna.
Eskaflon to świat przede wszystkim męski. Zdominowany przez mężczyzn - głównie wojskowych - piejących z zachwytu nad męskością i zajętych przede wszystkim pielęgnowaniem swojej własnej. W tym świecie to właśnie męskość stanowi najwyższy i ostateczny wyznacznik wartości. Męskość, nie wiedza czy umiejętności, które posiadłeś, ani także to, jakim jesteś człowiekiem.
W podobny sposób poznajemy porucznika Danaena. Oglądamy go oczami Rina, opinie o nim słyszymy jego uszami, widzimy obraz porucznika, który powstaje stopniowo w umyśle chłopca - obraz doskonały, wręcz wyidealizowany, pozbawiony szczegółów, które Rin uważa za niewygodne. Mamy tu zatem do czynienia z osobą okrutną, chłodną i sprawiedliwą, wyznającą wspaniałe ideały, których z jakiegoś powodu nie podzielają inni. Znamy także krążące na jego temat, nierzadko obrzydliwe plotki.
Przez długi czas wiemy o żołnierzu tyle, co główny bohater, nic mniej i nic więcej. A ponieważ ciekawość chłopca domaga się zaspokojenia, stopniowo odkrywamy nowe fakty dotyczące porucznika - fakty, którymi niekoniecznie chciał się z wychowankiem dzielić.
Sam Rin zaś jawi się nam jako osoba skrajnie obojętna i egocentryczna; jako niewychowany, a wytresowany dzieciak, trzymający się kurczowo własnego kawałka świata. Przede wszystkim jako dzieciak o nie do końca wykształtowanym światopoglądzie, który zmienia się pod wpływem napotkanych w czasie podróży z porucznikiem. Dzieciak zależy od innych, nieprzywykły do samodzielnego życia w społeczeństwie jako odrębna, indywidualna jednostka.
Mamy zatem ciemny, niezapraszający świat, oraz osobliwą parę bohaterów: ponurego żołnierza i jego wychowanka. Ich historia, przedstawiona w pięciu tomach powieści, na pewno zaskakuje - nie tylko dlatego, że nie oferuje tego, co na półce z fantasy jest z reguły oczekiwane. To opowieść, w skład której wchodzi główna historia Rina, oraz szereg pobocznych, nierozerwalnie z nią związanych. Nie wszystkie są zakończone, nie wszystkie kompletne. Tak jak w prawdziwym życiu, jest nam dane znać tylko ich część: przez większość czasu wiemy tylko tyle, ile Rin.
Jednak choć dzielimy z głównym bohaterem wiedzę na temat bieżących wydarzeń, nasze podejście do nich może być zupełnie inne. Rin to postać specyficzna, wywodząca się z konkretnego środowiska, o osobowości zupełnie nie pasującej do protagonisty ze świata fantasy. Potrafi być dla czytelnika irytujący - co nie znaczy, że jako postać jest źle napisany.
Z kolei porucznik Danaen wielokrotnie przykuwa uwagę odbiorcy. Od pierwszych chwil, gdy na stałe gości na stronach "Oceanu", wiemy o nim tak niewiele, że każda, najmniejsza nawet wzmianka dotycząca jego życia, każdy szczegół zdradzany czy to przez niego, czy przez którąś z postaci pobocznych, zaciekawia i nasuwa kolejne pytania. Odpowiedź na nie jest tym, na co warto czekać do samego końca.
Jako seria, "Wielki Północny Ocean" wydaje się dość nierówna. Pierwszy tom zaciekawia, drugi zaś ciąży i dłuży się, mimo podobnej ilości stron. Trzeci czyta się już przyjemnie, czwarty wciąga i intryguje, piąty godnie przejmuje intrygę z czwartego i prowadzi do zaskakującego końca. Tak wygląda jako seria... którą w gruncie rzeczy nie jest. Na tym polega, niestety, błąd zarówno czytelników, którzy potraktowali te pięć tomów jako "Morze" i jego kontynuacje (a potem dziwili się, że styl i poziom powieści pozostają niezmienne), jak i wydawców, którzy zdecydowali się na taki a nie inny podział (choć jestem w stanie zrozumieć tę decyzję - wydanie tak grubej powieści nowego autora zawsze niesie ze sobą ryzyko). Rozbicie akcji na pięć części spowodowało wspomnianą nierówność w tempie. Sięgając po kolejne tomy należy zatem mieć świadomość, że w dalszym ciągu czytamy jedną i tą samą historię, z różnych przyczyn podzieloną w taki a nie inny sposób.
Jak już wspomniałam, "Wielki Północny Ocean" to powieść wymagająca. Zabiera nas w podróż do mrocznego świata, pełnego intryg i polityki. Świata, w którym nic nie dzieje się przypadkiem. Świata, w którym bezimienne istoty roszczą sobie prawo do decydowania o losie szarych mas - ludzi niemających nawet wyobrażenia o klasie rządzącej.
Pobyt w tym świecie skłania do refleksji. Już po kilkunastu stronach prowokuje pierwsze pytania: gdzie jest sprawiedliwość? Gdzie jest dobro? Czy dostęp do godnego życia wymaga zepsucia moralnego? Jak daleko się posuniesz, by zapewnić sobie i/lub innym dostatek? Dlaczego w Eskaflonie panuje mrok? Czy znajdziemy tu światło?
Warto jeszcze pochylić się nad stylem powieści. Nie nazwałabym go ciężkim. Nie styl. Jednak nastrój, którą tworzy autorka poprzez dobór słów i sposób prowadzenia narracji, doskonale oddaje atmosferę Eskaflonu: ponurą, momentami przytłaczającą, przywodzącą na myśl szary ciągnący się w nieskończoność dzień.
Szczęśliwie nie uświadczymy tu przeładowanych zdań i pustych, nic nie wnoszących opisów, które chciałoby się przeskoczyć, byleby tylko dotrzeć do właściwej akcji. Akapity, rozdziały, choć pozbawione wesołości, zachowują równowagę, przez co całość czyta się dość szybko i bez większych przestojów.
Ciekawym zabiegiem są strony i pojedyncze linijki lub akapity tekstu, stylizowane na pozornie przypadkowy potok słów, wydający się początkowo nieprzemyślanym bełkotem. Gdy przyjrzymy się im bliżej, dostrzeżemy znaczenie poszczególnych słów. Gdy zaś doczytamy powieść do końca, zrozumiemy ich sens.
W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć pewien zarzut pod adresem autorki, na który natknęłam się swego czasu, przeglądając recenzje "Oceanu" w Internecie. Okazuje się, że Katarzyna Szelenbaum podobno pisze w stylu... mangowym. Zarzut absurdalny - wystarczy zerknąć na pierwszą lepszą definicję, by wiedzieć, iż "manga" nie ma nic wspólnego ze stylami literackimi. Powieść zaś, jak wiadomo, jest pisana a nie rysowana. Pozostaje zatem pytanie, skąd wziął się ów zarzut? Czyżby z faktu, iż przy okazji opisów autorka często odnosi się do koloru oczu swoich bohaterów? Jeśli tak, zarzut ten zaczyna wyglądać na zwykłe czepialstwo, popełnione z braku innych możliwości. "Wielki Północny Ocean" nie jest ani pierwszą ani jedyną powieścią, w której pojawia się wiele wzmianek dotyczących oczu postaci.
Na osobny komentarza zasługują też, moim zdaniem, obecne w powieści sceny tortur (wykonywanych przez porucznika Danaena, obserwowanego przez Rina), oraz sceny seksu - szczególnie seksu homoseksualnego - które można uznać za ryzykowne w debiucie. Sceny te, zarówno w opisie jak i w wymowie, nie są przypadkowe. Katowanie więźnia jest dla porucznika swoistą rutyną, która od dawna nie wzbudza w nim niepotrzebnych emocji (o ile kiedykolwiek wzbudzała). Seks zaś nie stanowi pustego dodatku, wrzuconego ku uciesze odbiorcy. Niemal za każdym stosunkiem stoją powody silnie zakorzenione na gruncie społecznym lub politycznym, nie zaś oczekiwane w takich chwilach pożądanie.
Uważam, że "Wielki Północny Ocean" to powieść jak najbardziej godna uwagi. Istotne jest jednak, jak już wspomniałam, podejście, z jakim sięgniemy po tę książkę. Jeśli chcemy heroicznych przygód, bohaterskich walk i jednoznaczności - lepiej wybierzmy coś innego. Jeśli jednak mamy ochotę na coś spokojniejszego, skłaniającego do refleksji i niekoniecznie wesołego - zachęcam do przeczytania "Oceanu". Jest to powieść dobra, naprawdę dobra, choć większość jej zalet odkrywamy dopiero, gdy spoglądamy na nią jako całość. Jest to jedna historia, i jako taką należy ją traktować.
Druga połowa opowieści - tom czwarty ("Los") i piąty ("Wszędziebądź"), jest moim zdaniem rewelacyjna. Wciągająca, dostarczająca nowych postaci, które nie pozostają czytelnikowi obojętne. Środkowy fragment całości prezentuje się trochę słabiej - niemal cały jeden tom poświęcony został na czysto wewnętrzne przeżycia Rina, co na dłuższą metę męczy. Po przeczytaniu go (tom drugi, "Kosmos") pomyślałam, że lepszym zabiegiem ze strony wydawcy byłoby podzielenie "Oceanu" na trzy, a nie pięć części. Dzięki temu najspokojniejsza część historii trafiłaby do środka tomu.
Przyznaję powieści ocenę 7,5/10.
Odważny i dobry debiut, bez wątpienia wart przeczytania.
"Wielki Północny Ocean" to powieściowy debiut Katarzyny Szelenbaum. Debiut obszerny, pięciotomowy (kolejno: "Morze", "Kosmos", "Bóg", "Los" i "Wszędziebądź"); każdy z tomów liczy sobie mniej lub więcej niż 400 stron. Z racji osadzenia akcji w fikcyjnym świecie, w którym wojownicy posługują się mieczami, księgarnie ustawiły ów debiut na półkach z fantastyką. Ciężko jednak uznać ten wybór za jednoznacznie trafny, gdyż "Ocean" niewiele ma wspólnego z "powieścią fantasy" w ogólnym tego słowa rozumieniu. Nie znajdziemy tu Niezłomnego Bohatera, który przemierza radośnie Świat Przedstawiony, gotów popełniać Heroiczne Czyny i za pomocą swego Błyszczącego Miecza wymierzać łotrom Sprawiedliwość. Więcej: jeśli podejdziemy do "Oceanu" nastawieni właśnie na Heroiczne Czyny i Niezłomnych Bohaterów, spotka nas bolesne rozczarowanie. Pod cieniutkim płaszczykiem fantasy kryje się bowiem powieść psychologiczna, skoncentrowana na wewnętrznym życiu protagonisty - wspomnianego Rina, syna grabarza. Oddany pod opiekę wojskowych młodzieniec po jakimś czasie staje się podopiecznym niesławnego porucznika Danaena, zwanego Dzikim Krukiem. Od tego dnia żołnierz staje się centrum kosmosu Rina, panem jego losu, bogiem, który jako jedyny ma prawo decydować o jego życiu i śmierci.
"Wielki Północny Ocean" to w moim odczuciu zdecydowane przeciwieństwo lekkiej i niezobowiązującej, czysto rozrywkowej fantastyki. Opisany na kartach powieści świat raczej nie zachęca do odwiedzenia. Eskaflon jest ponury, ciemny i gęsto zalesiony, do tego w większości zamieszkały przez, jak się wydaje, brudasów, prostaków, biedotę, wojsko, właścicieli domów uciech i zepsutą do szpiku kości szlachtę. Taki obraz widzimy, patrząc na Eskaflon oczami Rina.
Stopniowo dowiadujemy się, iż królestwo zamieszkują również inne rodzaje ludzi: filozofowie, uczeni, urzędnicy państwowi, czy też szlachta mniej zepsuta, acz znacznie bardziej niebezpieczna.
Eskaflon to świat przede wszystkim męski. Zdominowany przez mężczyzn - głównie wojskowych - piejących z zachwytu nad męskością i zajętych przede wszystkim pielęgnowaniem swojej własnej. W tym świecie to właśnie męskość stanowi najwyższy i ostateczny wyznacznik wartości. Męskość, nie wiedza czy umiejętności, które posiadłeś, ani także to, jakim jesteś człowiekiem.
W podobny sposób poznajemy porucznika Danaena. Oglądamy go oczami Rina, opinie o nim słyszymy jego uszami, widzimy obraz porucznika, który powstaje stopniowo w umyśle chłopca - obraz doskonały, wręcz wyidealizowany, pozbawiony szczegółów, które Rin uważa za niewygodne. Mamy tu zatem do czynienia z osobą okrutną, chłodną i sprawiedliwą, wyznającą wspaniałe ideały, których z jakiegoś powodu nie podzielają inni. Znamy także krążące na jego temat, nierzadko obrzydliwe plotki.
Przez długi czas wiemy o żołnierzu tyle, co główny bohater, nic mniej i nic więcej. A ponieważ ciekawość chłopca domaga się zaspokojenia, stopniowo odkrywamy nowe fakty dotyczące porucznika - fakty, którymi niekoniecznie chciał się z wychowankiem dzielić.
Sam Rin zaś jawi się nam jako osoba skrajnie obojętna i egocentryczna; jako niewychowany, a wytresowany dzieciak, trzymający się kurczowo własnego kawałka świata. Przede wszystkim jako dzieciak o nie do końca wykształtowanym światopoglądzie, który zmienia się pod wpływem napotkanych w czasie podróży z porucznikiem. Dzieciak zależy od innych, nieprzywykły do samodzielnego życia w społeczeństwie jako odrębna, indywidualna jednostka.
Mamy zatem ciemny, niezapraszający świat, oraz osobliwą parę bohaterów: ponurego żołnierza i jego wychowanka. Ich historia, przedstawiona w pięciu tomach powieści, na pewno zaskakuje - nie tylko dlatego, że nie oferuje tego, co na półce z fantasy jest z reguły oczekiwane. To opowieść, w skład której wchodzi główna historia Rina, oraz szereg pobocznych, nierozerwalnie z nią związanych. Nie wszystkie są zakończone, nie wszystkie kompletne. Tak jak w prawdziwym życiu, jest nam dane znać tylko ich część: przez większość czasu wiemy tylko tyle, ile Rin.
Jednak choć dzielimy z głównym bohaterem wiedzę na temat bieżących wydarzeń, nasze podejście do nich może być zupełnie inne. Rin to postać specyficzna, wywodząca się z konkretnego środowiska, o osobowości zupełnie nie pasującej do protagonisty ze świata fantasy. Potrafi być dla czytelnika irytujący - co nie znaczy, że jako postać jest źle napisany.
Z kolei porucznik Danaen wielokrotnie przykuwa uwagę odbiorcy. Od pierwszych chwil, gdy na stałe gości na stronach "Oceanu", wiemy o nim tak niewiele, że każda, najmniejsza nawet wzmianka dotycząca jego życia, każdy szczegół zdradzany czy to przez niego, czy przez którąś z postaci pobocznych, zaciekawia i nasuwa kolejne pytania. Odpowiedź na nie jest tym, na co warto czekać do samego końca.
Jako seria, "Wielki Północny Ocean" wydaje się dość nierówna. Pierwszy tom zaciekawia, drugi zaś ciąży i dłuży się, mimo podobnej ilości stron. Trzeci czyta się już przyjemnie, czwarty wciąga i intryguje, piąty godnie przejmuje intrygę z czwartego i prowadzi do zaskakującego końca. Tak wygląda jako seria... którą w gruncie rzeczy nie jest. Na tym polega, niestety, błąd zarówno czytelników, którzy potraktowali te pięć tomów jako "Morze" i jego kontynuacje (a potem dziwili się, że styl i poziom powieści pozostają niezmienne), jak i wydawców, którzy zdecydowali się na taki a nie inny podział (choć jestem w stanie zrozumieć tę decyzję - wydanie tak grubej powieści nowego autora zawsze niesie ze sobą ryzyko). Rozbicie akcji na pięć części spowodowało wspomnianą nierówność w tempie. Sięgając po kolejne tomy należy zatem mieć świadomość, że w dalszym ciągu czytamy jedną i tą samą historię, z różnych przyczyn podzieloną w taki a nie inny sposób.
Jak już wspomniałam, "Wielki Północny Ocean" to powieść wymagająca. Zabiera nas w podróż do mrocznego świata, pełnego intryg i polityki. Świata, w którym nic nie dzieje się przypadkiem. Świata, w którym bezimienne istoty roszczą sobie prawo do decydowania o losie szarych mas - ludzi niemających nawet wyobrażenia o klasie rządzącej.
Pobyt w tym świecie skłania do refleksji. Już po kilkunastu stronach prowokuje pierwsze pytania: gdzie jest sprawiedliwość? Gdzie jest dobro? Czy dostęp do godnego życia wymaga zepsucia moralnego? Jak daleko się posuniesz, by zapewnić sobie i/lub innym dostatek? Dlaczego w Eskaflonie panuje mrok? Czy znajdziemy tu światło?
Warto jeszcze pochylić się nad stylem powieści. Nie nazwałabym go ciężkim. Nie styl. Jednak nastrój, którą tworzy autorka poprzez dobór słów i sposób prowadzenia narracji, doskonale oddaje atmosferę Eskaflonu: ponurą, momentami przytłaczającą, przywodzącą na myśl szary ciągnący się w nieskończoność dzień.
Szczęśliwie nie uświadczymy tu przeładowanych zdań i pustych, nic nie wnoszących opisów, które chciałoby się przeskoczyć, byleby tylko dotrzeć do właściwej akcji. Akapity, rozdziały, choć pozbawione wesołości, zachowują równowagę, przez co całość czyta się dość szybko i bez większych przestojów.
Ciekawym zabiegiem są strony i pojedyncze linijki lub akapity tekstu, stylizowane na pozornie przypadkowy potok słów, wydający się początkowo nieprzemyślanym bełkotem. Gdy przyjrzymy się im bliżej, dostrzeżemy znaczenie poszczególnych słów. Gdy zaś doczytamy powieść do końca, zrozumiemy ich sens.
W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć pewien zarzut pod adresem autorki, na który natknęłam się swego czasu, przeglądając recenzje "Oceanu" w Internecie. Okazuje się, że Katarzyna Szelenbaum podobno pisze w stylu... mangowym. Zarzut absurdalny - wystarczy zerknąć na pierwszą lepszą definicję, by wiedzieć, iż "manga" nie ma nic wspólnego ze stylami literackimi. Powieść zaś, jak wiadomo, jest pisana a nie rysowana. Pozostaje zatem pytanie, skąd wziął się ów zarzut? Czyżby z faktu, iż przy okazji opisów autorka często odnosi się do koloru oczu swoich bohaterów? Jeśli tak, zarzut ten zaczyna wyglądać na zwykłe czepialstwo, popełnione z braku innych możliwości. "Wielki Północny Ocean" nie jest ani pierwszą ani jedyną powieścią, w której pojawia się wiele wzmianek dotyczących oczu postaci.
Na osobny komentarza zasługują też, moim zdaniem, obecne w powieści sceny tortur (wykonywanych przez porucznika Danaena, obserwowanego przez Rina), oraz sceny seksu - szczególnie seksu homoseksualnego - które można uznać za ryzykowne w debiucie. Sceny te, zarówno w opisie jak i w wymowie, nie są przypadkowe. Katowanie więźnia jest dla porucznika swoistą rutyną, która od dawna nie wzbudza w nim niepotrzebnych emocji (o ile kiedykolwiek wzbudzała). Seks zaś nie stanowi pustego dodatku, wrzuconego ku uciesze odbiorcy. Niemal za każdym stosunkiem stoją powody silnie zakorzenione na gruncie społecznym lub politycznym, nie zaś oczekiwane w takich chwilach pożądanie.
Uważam, że "Wielki Północny Ocean" to powieść jak najbardziej godna uwagi. Istotne jest jednak, jak już wspomniałam, podejście, z jakim sięgniemy po tę książkę. Jeśli chcemy heroicznych przygód, bohaterskich walk i jednoznaczności - lepiej wybierzmy coś innego. Jeśli jednak mamy ochotę na coś spokojniejszego, skłaniającego do refleksji i niekoniecznie wesołego - zachęcam do przeczytania "Oceanu". Jest to powieść dobra, naprawdę dobra, choć większość jej zalet odkrywamy dopiero, gdy spoglądamy na nią jako całość. Jest to jedna historia, i jako taką należy ją traktować.
Druga połowa opowieści - tom czwarty ("Los") i piąty ("Wszędziebądź"), jest moim zdaniem rewelacyjna. Wciągająca, dostarczająca nowych postaci, które nie pozostają czytelnikowi obojętne. Środkowy fragment całości prezentuje się trochę słabiej - niemal cały jeden tom poświęcony został na czysto wewnętrzne przeżycia Rina, co na dłuższą metę męczy. Po przeczytaniu go (tom drugi, "Kosmos") pomyślałam, że lepszym zabiegiem ze strony wydawcy byłoby podzielenie "Oceanu" na trzy, a nie pięć części. Dzięki temu najspokojniejsza część historii trafiłaby do środka tomu.
Przyznaję powieści ocenę 7,5/10.
Odważny i dobry debiut, bez wątpienia wart przeczytania.

Hm, mnie zachęciło to do przeczytania. Zawsze mogę spróbować pierwszy tom, by zobaczyć, czy będzie mi pasować :3 Ale zarzut ze stylem "mangowym" jest śmieszny. Nawet jeśli, to... Co w tym złego?
OdpowiedzUsuńAle właśnie sęk w tym, że... nie pisze się mangowo. Mangę się rysuje - i tu jest cały dowcip. Jak można zarzucać, że styl pisania jest "mangowy"? Taki może być styl rysowania :/
UsuńSwoją droga, Maja Lidia Kossakowska w "Siewcy Wiatru" też bardzo często odwoływała się do koloru oczu postaci. I nigdy nie spotkałam się z zarzutem, że pisze "mangowo".
Czytałam pierwszy tom, drugi i trzeci przeglądałam i... niespecjalnie mi to wszystko podeszło. Zbyt ciężkie, na początku zbyt dołujące, za mało kobiecej perspektywy, a i do stylu autorki trzeba się przyzwyczaić. Było parę elementów, które mi się podobały, ale może to dlatego, że nastawiałam się na coś innego. Psychologiczne aspekty też mi się nie podobały, ale generalnie nie były złe, tylko coś mi w nich zgrzytało (za dużo cierpienia?).
OdpowiedzUsuńWbrew temu komentarzowi myślę, że kiedyś spróbuję przeczytać całość wiedząc, z czym to się mniej więcej je. Bardziej mnie ciekawią jednak następne powieści autorki.
Zarzut o styl mangowy jest idiotyczny. Z tego co wiem, autorka interesuje się mangą i to zainteresowanie w sumie niewielki sposób (w każdym razie mało widoczny) wpłynęło na książkę, ale to nie powód, żeby mówić o stylu mangowym. Co najwyżej o stylu LN-kowym xD, ale takiego zarzutu nie umiałabym zweryfikować.
To pewnie przeoczenie, ale i tak napiszę: "fantastyka" to nie to samo co "fantasy" :).
Wszystko zależy od tego, co do kogo trafia. Mi podobał się "Ocean", ale z kolei chwalona przez wielu "Perfekcyjna niedoskonałość" Dukaja była dla mnie przeprawą przez mękę _^_
UsuńTak, interesuje się mangą, ale... czy nie jest tak, że każde z naszych zainteresowań może w jakiś sposób wpłynąć na to, co tworzymy? Czy na tej samej zasadzie można komuś zarzucić, dajmy na to, pisanie w stylu Marvelowym? o_O
A tak, akurat w pierwszym przypadku odwoływałam się konkretnie do półki z fantastyką (a w księgarniach masz na takich i fantasy i sci-fi i nierzadko horror), a dalej używałam pisałam już o konkretnym podgatunku fantastyki - chyba że coś przeoczyłam (a mogłam, w języku potocznym często stosuję te dwa zamiennie, i mogłam się zagalopować^^;).