Syrenka
Autor: Camilla Läckberg
Wydawca polski: Wydawnictwo Czarna Owca
Rok: 2008 (wyd. polskie: 2011)
![]() |
| Okładka polskiego wydania (zdjęcie własne) |
"W Fjällbace w tajemniczych okolicznościach ginie mężczyzna. Mimo wysiłków Patrika Hedströma i jego kolegów z komisariatu w Tanumshede, nikt nie wie, czy zaginiony żyje, czy nie. Cztery miesiące później zostają odnalezione jego zwłoki zamrożone w lodzie. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy jeden ze znajomych zmarłego - pisarz Christian Thydell - nagle zaczyna dostawać anonimowe pogróżki. Christian, który lada chwila ma odnieść sukces dzięki swej nowej powieści "Syrenka", dostaje kolejną pogróżkę podczas przyjęcia z okazji debiutu książki. Załamuje się i pokazuje listy Erice Falck, która pomagała mu przy pisaniu powieści. Christian próbuje bagatelizować problem i nie chce kontaktować się z policją, ale Erika wsuwa jeden z listów do torebki i pokazuje go Patrykowi. Od dawna podejrzewała, że Christiana coś gryzie i martwi się, że coś może mu się stać. Patrik dostrzega zaś, w jakim niebezpieczeństwie jest Christian. Ktoś szczerze go nienawidzi, ktoś najwyraźniej niestabilny emocjonalnie, ktoś, kto nie zawaha się przekuć pogróżek w czyny. Kiedy znalezione zostają zwłoki kolejnego mężczyzny, policja doszukuje się wspólnego wątku, a tropy prowadzą w przeszłość...".
Taki opis zastanie czytelników na okładce powieści "Syrenka", będącej szóstą częścią serii kryminalnej o Fjällbacka. Mamy tu więc szwedzki kryminał autorstwa Camilli Läckberg. Nie jestem czytelniczką tego gatunku literackiego, ale po pierwszych pozytywnych doświadczeniach ("Wołanie kukułki") postanowiłam dać szansę kolejnej powieści spod znaku kryminału. Niestety, tym razem się nie zachwyciłam.
"Syrenka" pozostawiła mnie w stanie głębokiej frustracji. Dostałam do ręki powieść grubą, mającą ponad 480 stron (z czego połowa pewnie by odpadła, gdyby zmniejszyć marginesy). Przez co najmniej 150 z nich nic prawie nic się nie dzieje: śledztwo w sprawie zamordowanego mężczyzny ciągnie się ślimaczym tempem, bohaterowie zaś przemykają przez strony pod postacią pustych imion i nazwisk. Dopiero później tempo przyspiesza, do sedna nie jest nam jednak dane dojść wcześniej niż pod koniec książki. Autorka zastosowała zabieg, którego bardzo nie lubię w powieściach i opowiadaniach: bardzo długo krążyła wokół rozwiązania, nie dając jednocześnie czytelnikowi jasnych faktów. Praktycznie do końca postacie wiedzą więcej niż czytelnik, w środku akcji zaś nie raz trafiamy na moment, gdy bohater (lub bohaterka) coś odkrywa i jest tym odkryciem zszokowany (-a). Z czytelnikiem odkryciem się nie dzieli; informuje jednak inną postać, po czym zszokowane są obie. Potem zaś następuje zmiana scenerii; mamy narrację z perspektywy innego bohatera.
Sami bohaterowie od początku wydawali mi się kartonowi i nijacy. Dopiero w trakcie nabierali kolorów i zaczynali się czymś wyróżniać. Przestawali być zbiorem imion i nazwisk, których jedynym celem w życiu zdaje się posiadanie dzieci - cecha, która rzuciła mi się w oczy na samym początku i irytowała przez wspomniane pierwsze 150 stron (szczęśliwie potem została zepchnięta na bok dzięki śledztwu). Każdy albo już dziecko ma, albo mieć chce, albo stara się o adopcję. Ewentualnie jest w ciąży, jak główna bohaterka powieści; dodajmy, w ciąży bliźniaczej, która coraz bardziej utrudnia jej normalne funkcjonowanie - ale jakimś cudem kompletnie nie przeszkadza w prowadzeniu śledztwa.
Sprawa, nad którą od początku pracuje policja, wypada z kolei naprawdę dobrze. Oczywiście kiedy już do niej dojdziemy, a śledztwo ruszy szybszym tempem. Co prawda od co najmniej połowy książki można się bez trudu domyślić, kto stoi za morderstwami, jednak cała otoczka oraz motyw sprawcy okazują się zaskakujące. Mimo to rozwiązanie nie wbiło mnie w fotel, choć zapewne powinno - powodem jest wspomniane wcześniej rozciąganie śledztwa i nieinformowanie czytelnika o postępach. Wiemy tylko o reakcjach bohaterów na nowe odkrycia, o samych odkryciach zaś dowiadujemy się po dość długim czasie.
Być może moja reakcja związana jest z tym, że książka, którą przeczytałam, pochodzi ze środka serii. Możliwe też, że najzwyczajniej w świecie nie odpowiada mi sposób pisania Camilli Läckberg (na mój gust ma zbyt oszczędny styl). Tak czy inaczej, zamiast skupiać się na teoretycznie genialnej sprawie, z początku skupiałam uwagę na przerażającej ilości dzieci, na imionach i nazwiskach będących bohaterami powieści, oraz na okazjonalnych brakach w warstwie logicznej tekstu (ciężko mi uwierzyć, że kobieta nie uważa za podejrzane faktu, iż praktycznie nic nie wie o własnym mężu). Mimo to powieść czytało mi się bardzo szybko i lekko, bez poczucia, że mam przed sobą tekst wypełniony niepotrzebnymi dodatkami, czy też marnymi próbami zabawy środkami stylistycznymi.
Powieść skończyłam jednak z mało pozytywnymi odczuciami. Z tego powodu nie polecam jej tym, którzy nie znają twórczości Camilli Läckberg. Polecam ją jedynie fanom autorki, a także miłośnikom kryminałów. Z racji lekkości uznałabym ją za książkę dobrą na jeden wieczór lub podróż.
Moja czysto subiektywna ocena to 5-/10.
Taki opis zastanie czytelników na okładce powieści "Syrenka", będącej szóstą częścią serii kryminalnej o Fjällbacka. Mamy tu więc szwedzki kryminał autorstwa Camilli Läckberg. Nie jestem czytelniczką tego gatunku literackiego, ale po pierwszych pozytywnych doświadczeniach ("Wołanie kukułki") postanowiłam dać szansę kolejnej powieści spod znaku kryminału. Niestety, tym razem się nie zachwyciłam.
"Syrenka" pozostawiła mnie w stanie głębokiej frustracji. Dostałam do ręki powieść grubą, mającą ponad 480 stron (z czego połowa pewnie by odpadła, gdyby zmniejszyć marginesy). Przez co najmniej 150 z nich nic prawie nic się nie dzieje: śledztwo w sprawie zamordowanego mężczyzny ciągnie się ślimaczym tempem, bohaterowie zaś przemykają przez strony pod postacią pustych imion i nazwisk. Dopiero później tempo przyspiesza, do sedna nie jest nam jednak dane dojść wcześniej niż pod koniec książki. Autorka zastosowała zabieg, którego bardzo nie lubię w powieściach i opowiadaniach: bardzo długo krążyła wokół rozwiązania, nie dając jednocześnie czytelnikowi jasnych faktów. Praktycznie do końca postacie wiedzą więcej niż czytelnik, w środku akcji zaś nie raz trafiamy na moment, gdy bohater (lub bohaterka) coś odkrywa i jest tym odkryciem zszokowany (-a). Z czytelnikiem odkryciem się nie dzieli; informuje jednak inną postać, po czym zszokowane są obie. Potem zaś następuje zmiana scenerii; mamy narrację z perspektywy innego bohatera.
Sami bohaterowie od początku wydawali mi się kartonowi i nijacy. Dopiero w trakcie nabierali kolorów i zaczynali się czymś wyróżniać. Przestawali być zbiorem imion i nazwisk, których jedynym celem w życiu zdaje się posiadanie dzieci - cecha, która rzuciła mi się w oczy na samym początku i irytowała przez wspomniane pierwsze 150 stron (szczęśliwie potem została zepchnięta na bok dzięki śledztwu). Każdy albo już dziecko ma, albo mieć chce, albo stara się o adopcję. Ewentualnie jest w ciąży, jak główna bohaterka powieści; dodajmy, w ciąży bliźniaczej, która coraz bardziej utrudnia jej normalne funkcjonowanie - ale jakimś cudem kompletnie nie przeszkadza w prowadzeniu śledztwa.
Sprawa, nad którą od początku pracuje policja, wypada z kolei naprawdę dobrze. Oczywiście kiedy już do niej dojdziemy, a śledztwo ruszy szybszym tempem. Co prawda od co najmniej połowy książki można się bez trudu domyślić, kto stoi za morderstwami, jednak cała otoczka oraz motyw sprawcy okazują się zaskakujące. Mimo to rozwiązanie nie wbiło mnie w fotel, choć zapewne powinno - powodem jest wspomniane wcześniej rozciąganie śledztwa i nieinformowanie czytelnika o postępach. Wiemy tylko o reakcjach bohaterów na nowe odkrycia, o samych odkryciach zaś dowiadujemy się po dość długim czasie.
Być może moja reakcja związana jest z tym, że książka, którą przeczytałam, pochodzi ze środka serii. Możliwe też, że najzwyczajniej w świecie nie odpowiada mi sposób pisania Camilli Läckberg (na mój gust ma zbyt oszczędny styl). Tak czy inaczej, zamiast skupiać się na teoretycznie genialnej sprawie, z początku skupiałam uwagę na przerażającej ilości dzieci, na imionach i nazwiskach będących bohaterami powieści, oraz na okazjonalnych brakach w warstwie logicznej tekstu (ciężko mi uwierzyć, że kobieta nie uważa za podejrzane faktu, iż praktycznie nic nie wie o własnym mężu). Mimo to powieść czytało mi się bardzo szybko i lekko, bez poczucia, że mam przed sobą tekst wypełniony niepotrzebnymi dodatkami, czy też marnymi próbami zabawy środkami stylistycznymi.
Powieść skończyłam jednak z mało pozytywnymi odczuciami. Z tego powodu nie polecam jej tym, którzy nie znają twórczości Camilli Läckberg. Polecam ją jedynie fanom autorki, a także miłośnikom kryminałów. Z racji lekkości uznałabym ją za książkę dobrą na jeden wieczór lub podróż.
Moja czysto subiektywna ocena to 5-/10.

Możliwe, że to jest też taki styl. Ale z drugiej strony to, że książka jest ze środka cyklu, to o niczym nie świadczy. Są serie książek, które są jakby luźnymi epizodami i można zacząć od dowolnej. Ale tu tego nie ma, jak czytam Twoją recenzję. I to jest też frustrujące, że traktuje się Czytelnika w ten sposób, że odpycha się go od wydarzeń. Ja bym się poczuła jak dziecko, które nie może o nic spytać, kiedy osoby dorosłe rozmawiają, bo "Ciebie to nie dotyczy" lub "Zrozumiesz, jak będziesz starsza". Ale może "Jedwabnik" będzie lepszy? ;)
OdpowiedzUsuńKiedy przeglądałam opinie, w oczy rzuciło mi się kilka negatywnych. W większości czytelnicy piali z zachwytu, ale ci, którzy mieli inne zdanie byli dość ostrzy: najgorsza książka cyklu, takie określenie padło.
UsuńNie wiem, może nie znam się na kryminałach. Z drugiej strony, każdy autor ma lepsze i gorsze momenty (nie dalej jak wczoraj koleżanka opowiadała o swoim rozczarowaniu kilkoma powieściami Kinga - choć uwielbia Kinga). Kwestia gustu chyba. Ja nigdy nie lubiłam takiego typowo "kryminalnego" pisania. A i znam osoby, które nie lubią kryminałów jako takich, ale uwielbiają te, który piszą konkretni autorzy - więc to pewnie kwestia tego, że styl autorki mi nie pasuje.