środa, 25 czerwca 2014

Na ścieżce nostalgii: Slayers

Slayers
Studio: J.C.Staff
Rok: 1995 - 1997, 2008 - 2009
Odcinków: 104 (wszystkie serie TV)  + 2 OVA + 5 filmów.

Dawno, dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy telewizja kablowa oferowała kanał RTL 7 (później przemianowany na TVN 7), można było oglądać anime o określonych godzinach, w specjalnie przygotowanych blokach programowych. Na ramówce RTL 7 wychowało się całe pokolenia obecnych fanów, a do oglądanych tam tytułów do dziś zapewne wielu wraca z sentymentem. Jedną z serii, które zachwyciły mnie w tamtych czasach, jest opowieść fantasy traktująca o przygodach młodej, pięknej i diabelnie utalentowanej czarodziejki Liny Inverse: Slayers.

Japońskie logo [x]
Slayers (w Polsce znane z podtytułem "Magiczni Wojownicy") powstało na podstawie serii powieści (tzw. light novels) napisanych przez Hajimego Kanzakę. Powieści wydano w odcinkach na łamach Dragon Magazine, później zaś zaadaptowano je na między innymi mangi, telewizyjne serie anime, serie OVA oraz gry wideo. Ponieważ sama miałam do czynienia jedynie z telewizyjnymi seriami anime, na nich będzie opierał się ten opis. Serii tych ukazało się w sumie pięć:

  • Slayers (26 odcinków, rok 1995),
  • Slayers Next (26 odcinków, rok 1996),
  • Slayers Try (26 odcinków, rok 1997),
  • Slayers Revolution (13 odcinków, rok 2008),
  • Slayers Evolution-R (13 odcinków, rok 2009).

Jak zostało wspomniane, opowieść traktuje o przygodach Liny Inverse: czarodziejki i pogromczyni bandytów. Piękna i genialna (jak sama siebie opisuje) mistrzyni magii wkracza na ekrany z wielkim hukiem dosłownie sekundy po rozpoczęciu pierwszego odcinka. Huk również jest dosłowny: ognista kula niszczy kryjówkę bandytów, a nasza bohaterka ucieka obładowana skradzionymi im skarbami. Ocaleli bandyci, czego nietrudno się domyślić, podążają tropem jej, by niedługo później dopaść ją w lesie. Rzecz jasna przy swoich wysokich (i wysoce destruktywnych) umiejętnościach Lina bez trudu poradziłaby sobie z grupą uzbrojonych opryszków. Nie wiedział o tym jednak wysoki i przystojny szermierz, który w tej właśnie chwili wyskoczył z zarośli i bohatersko uratował osaczoną "bezbronną" dziewczynę. Tak oto poznali się i utworzyli nierozłączny duet Lina Inverse i Gourry Gabriev. Ona: ładna (acz nie typowo, jak to znamy z anime, "piękna", tj. jej uroda nie dynda ani nie podskakuje przy każdym kroku. Na dobrą sprawę niektórym ciężko ją zauważyć), rudowłosa, złośliwa, wybuchowa jak jej najsilniejsze zaklęcie, do tego piekielnie zdolna czarodziejka. Młoda, bo zaledwie piętnastoletnia, zachowująca się jak na swój wiek przystało, o niepohamowanym apetycie, w którym dorównać jej może jedynie Gourry: przystojny, długowłosy szermierz, szlachetny, władający magicznym mieczem, wolno myślący wioskowy głupek, który poznawszy Linę bierze ją za dziecko. Postanawia towarzyszyć jej w drodze i bronić, na co Lina, chcąc nie chcąc, przystaje. Dwójka bohaterów rozpoczyna zatem długą, wypełnioną przygodami podróż.

Lina i Gourry - duet marzeń, razem na dobre i na złe [x]
W trakcie wędrówki do Liny i Gourry'ego dołączają kolejno: Zelgadis Greywords (chimera stworzona z połączenia golema, demona i człowieka, znakomity mag i szermierz, lojalny acz mrukliwy i ciężki w obyciu) oraz Amelia Will Tesla Seyruun (młoda księżniczka miasta Seyruun, czarodziejka miłująca sprawiedliwość i wejścia z pompą godną Sailor Moon - łącznie ze skakaniem z wysokości). Owa wesoła kompania rozstaje się po każdej serii, by na początku następnej znów na siebie wpaść i rozpocząć nową podróż w konkretnym celu. Okazyjnie grupa zyskuje tymczasowych członków o mniej lub bardziej wiadomych intencjach (vide: tajemniczy kapłan Xellos)

Świat, z którym mamy do czynienia w serii, jest całkiem dobrze dopracowany. Wyglądem przypomina (niespodzianka!) średniowieczną Europę - z tym, że słowo "średniowiecze" wypadałoby permanentnie zamknąć w wielkim, pogrubionym, najlepiej czerwonym cudzysłowie. Nie jest to w żadnym razie średniowiecze historyczne, tylko takie, jakie znamy z typowych powieści, filmów czy gier fantasy.
W uniwersum Slayers ogromną rolę odgrywa magia. Jest niezwykle rozwinięta; to na niej opiera się większość poważnych osiągnięć techniki. Do dyspozycji mamy magię białą, czarną, szamanistyczną oraz świętą. Występują również magiczne artefakty (przykładem niech będzie Claire Bible - w polskim tłumaczeniu starszych serii: Księga Proroctw - której bohaterowie szukali w serii Next), oraz fantastyczne stwory jak choćby smoki czy bestie,  a także (jakże inaczej) demony (mazoku) oraz bogowie (shinzoku): dwie rasy, które od zarania dziejów toczą ze sobą walkę, od której wyniku zależeć będą losy świata. Jeśli zwyciężą bogowie, zapanuje pokój. Jeśli zaś wygrana przypadnie demonom, świat zostanie zniszczony i  pogrąży się w Morzu Chaosu.

To jednak nie mitologia uniwersum była tym, co wtedy przyciągało mnie, dzieciaka w wieku podstawówkowo-gimnazjalnym, przed telewizor. Nie. Tym, co fascynowało, była przede wszystkim magia. Jej dostępność, łatwość w użyciu (czarownik nie potrzebował transformacji w fikuśne ciuchy, przy dźwiękach rytmicznej muzyki, by z niej skorzystać), a także jej efektowność i skuteczność, którą nierzadko potwierdzała ilość zniszczonych przez przypadek wiosek. Ot, magia w świecie Slayers jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko umieć sięgnąć.
Drugim, acz nie mniej istotnym powodem, dla którego z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnego odcinka serii, była osoba głównej bohaterki. Lina Inverse, dawniej będąca w moich oczach "po prostu" naprawdę fajną dziewczyną w ciekawym anime, w tej chwili wydaje mi się naprawdę porządnym przykładem silnej postaci kobiecej.

Cała wesoła drużyna. Od lewej: Amelia, Gourry, Lina
i Zelgadis. Z tyłu, gościnnie, Xellos [x]
Lina ma wady, mnóstwo wad. Jest złośliwa, łatwo się denerwuje, lubi dobitnie wyrażać swoje zdanie i nie ma oporów przed wykorzystywaniem innych do własnych celów. Ponad to często podejmuje się, dajmy na to, uratowania kogoś nie z dobroci serca, ale za pieniądze (nawiasem mówiąc, w podobnych celach atakuje bandytów). Są to wady, ewidentne wady, które praktycznie nigdy nie zostają obrócone w zalety. Tym samym Lina do końca pozostaje swego rodzaju antybohaterką.
Oczywiście nie na samych wadach buduje się postać. Czarodziejka posiada również szereg zalet, z lojalnością wobec przyjaciół na czele. Jest bardzo inteligentna, oczytana, a przy tym powiedziałabym emocjonalnie niedojrzała: widać to choćby po tym, jak idealizuje miłość (niczym wychowana na Harlekinach panienka). I chociaż jest osobą silną, nigdy nie odmawia pomocy pozostałych członków drużyny (z akcentem na Gourry'ego).
Przyznam, że drugiej takiej postaci żeńskiej jak Lina nie uświadczyłam w żadnym innym obejrzanym anime. I szczerze przyznam, że żałuję, bo sposób, w jaki wykreowano Linę, wydaje mi się idealny do tworzenia niebanalnych i wiarygodnych żeńskich bohaterek: Lina nie została, moim zdaniem, napisana jak typowa postać kobieca, tylko jak... bohater shonen. Nie jak bohaterka, ale jak bohater. Pozostała jednak przy tym kobietą, ba, dziewczyną, posiadającą odpowiednią ilość nieprzerysowanych żeńskich cech.

Mimo całej masy niekwestionowanych zalet Slayers posiada również swoje wady. Jedną z nich będzie zapewne kreska, na współczesne czasy zbyt kanciasta, a także częste powtórzenia ujęć (np. prezentowanie jednego ataku wciąż z tej samej perspektywy - zabieg typowy dla starych serii). Do tego fillery, które niepotrzebnie rozciągały akcję, a chwilami wręcz nudziły. Nic jednak nie może się równać z dwoma największymi błędami, jakie popełnić zdołali twórcy anime: z seriami Revolution i Evolution-R.


Trzy pierwsze serie Slayers można spokojnie uznać za jedną spójną historię. Seria pierwsza stanowi bardzo poprawne wprowadzenie, łącznie z przedstawieniem bohaterów, mitologii i po części świata, po którym grupa podróżuje. Seria druga, rewelacyjne, bardzo dopracowane i wciągające Slayers Next, jest jej przedłużeniem, a całość zamyka trochę słabsze (w porównaniu do Next) i mroczniejsze Slayers Try, którego napisy końcowe definitywnie wskazują na zamknięcie tej części przygód Liny i spółki. Naturalne więc byłoby - szczególnie po ponad 10 latach od premiery pierwszej serii anime - rozpoczęcie remake'u od krótkiego wprowadzenia do świata Slayers. W końcu nowy widz powinien wiedzieć, na czym stoi, prawda? Niestety, tak podstawowej rzeczy jak właśnie wprowadzenie seria Revolution (która, warto dodać, razem z Evolution-R tworzy podzieloną na dwie części całość) nie posiada. Widz zostaje nagle wrzucony w wir wydarzeń, trafia na rozpędzony okręt i widzi na nim wrzeszczącą na wszystkich rudowłosą panienkę i stojącego jak słup soli blondyna. Dopiero po jakiś czasie poznaje imiona bohaterów, relacje między nimi oraz ewentualne motywy działań.

Większość ważnych postaci pojawiających się w seriach.
Nad głową Liny nowy dodatek ze Slayers: Revolution
 i Slayers: Evolution-R: Pokota [x]
Tym co najmocniej ubodło mnie w obu nowych seriach, jest kreacja postaci - czy raczej kompletne ich zniszczenie, wręcz zdegradowanie członków grupy do elementów w tle wrzuconych zapewne w ramach sprawiania starym fanom przyjemności. Bohaterowie przeszli także swego rodzaju regres: po kilku latach wspólnych podróży i walk z coraz silniejszymi wrogami, nagle zapomnieli, na czym polega współpraca. Grupa staje się symboliczna, postacie ograniczone momentami do elementów fanserwisowych a charakter Liny zostaje, co stwierdzam z przykrością, wypaczony (niestety, z bohatera shonen najwyraźniej stała się bohaterką z rodzaju skutecznych tylko w głośnym wrzeszczeniu). Znikła logika (tak się dzieje, gdy próbujemy robić kontynuację na podstawie opowiadań, których akcja osadzona jest dużo wcześniej),  a w drużynie, jak co serię, pojawiła się nowa postać: "zwierzak", z jakiegoś powodu przypominający uroczego Pokemona. Zanikł również humor, wcześniej dobry, sytuacyjny i dość charakterystyczny, zastąpiony czymś na kształt mentalnego obrzucania się tortami: ma być śmiesznie i koniec. Pytanie tylko, czy powtórzony po raz N-ty docinek o płaskiej klatce piersiowej daje jest śmieszny...

Nowe serie nie zapadają niestety w pamięć. Nie ze względu na opowieść. Nie sposób jednak nie docenić starań twórców, którzy bardzo przyłożyli się do strony wizualnej. W efekcie dwie nowe seria prezentują się bardzo estetycznie. Ogromny plus należy się także muzyce - która, należy dodać, jest świetna zarówno w starych jak i w nowych seriach. Każda ma dynamiczny, chwytliwy opening i równie dobry ending (najlepszy opening ma, moim zdaniem, seria Next, zaś najlepszy ending: Revolution). Prawie wszystkie utwory wykonane zostały przez Megumi Hayashibarę, będącą jednocześnie aktorką użyczającą głosu Linie.

Prawdopodobnie na moją sympatię do Slayers w dużej mierze ma wpływ nostalgia. Nie ona jednak sprawiła, że serie nowe mi się nie podobały. Nie jestem niechętna remake'om - przeciwnie, w ostatnich dniach miałam okazję zapoznać się z nowymi seriami innego starego anime, które poznałam w bloku RTL 7, w latach 90, i podobało mi się to, co zobaczyłam. W przypadku Slayers coś poszło nie tak. Dlatego absolutnie odradzam zapoznawanie się z tą serią od Slayers: Revolution. Polecam zacząć od serii pierwszej, z roku 1995. Być może od strony wizualnej anime to nie prezentuje się powalająco (choćby przez wspomnianą kanciastą kreskę), ale wiecie, co mówi się o starych grach? Kiepska grafika, wysoka grywalność. Myślę, że tą samą analogię można zastosować do Slayers.

Polecam to anime przede wszystkim fanom klasycznego fantasy, miłośnikom magii innej niż ta, której używają magical girls, a także osobom lubiącym niebanalne żeńskie postacie. Myślę, że Slayers jest w stanie przypaść do gustu nie tylko pokoleniu z lat dziewięćdziesiątych.
Biorąc poprawkę na wiek tego anime, trzy pierwsze serie oceniłabym na 8/10.
Biorąc poprawkę na moje wymaganie względem obecnych produkcji, dwie nowe serie zasługują na 5/10.
Biorąc poprawkę na optymizm, będę się łudzić, że jeszcze kiedyś powstanie dobra nowa wersja przygód Liny Inverse.

Pozostając w klimacie nostalgii, dorzucam opening z serii pierwszej: Get Along, Megumi Hayashibara



5 komentarzy:

  1. "co mówi się o starych grach? Kiepska grafika, wysoka grywalność" Lepiej bym tego nie ujęła. W przypadku nowych serii jest mnóstwo problemów, chociażby nawet z tym sztucznym podziałem, który nie wiem, po co był, skoro to i tak jedna historia :/ Liczę na reboot tych nowych serii, bo niestety, ale tak się remake'ów nie robi. Niektóre żarty były wręcz żenujące, jak ten odcinek z ludźmi-rybami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żenujące były żarty o płaskiej desce. Ile można? :/
      Ludzie-ryby wyglądali jak parodia samych siebie, przecież w starszych seriach byli inni. Ogólnie jakaś kompletna nieudolność zapanowała w tym świecie.

      Usuń
    2. No to też, bo ok, w starszych seriach do tego nawiązywali, ale może z raz czy dwa, a nie cały czas. Bardziej się czepiali cech charakteru Liny, a nie jej wyglądu - i to mi się podobało.
      W ogóle większość postaci to jakby OOC totalne :/ Ludzie-ryby w starszych seriach byli nawet ciekawi, tu ani śmieszni, ani wzruszający...

      Usuń
  2. A ja będę wyjątkiem i powiem, że Slayersów nie oglądałam w dzieciństwie :B. Tak samo jak Czarodziejki z Księżyca i Dragon Ball. Hue hue.

    A tak szczerze - rok temu zaczęłam (ale jeszcze nie skończyłam) oglądać tę serię, razem z bratem. On to oglądał głównie z nostalgicznych pobudek, ja - aby poznać nową serię. I przez to, że nie byłam "skażona" nostalgią, mogę teraz ocenić (na ten czas) serię.

    A seria wypada.... naprawdę nieźle! W ogóle nie przeszkadzała mi kreska, aż tak stara nie była. Jakbym miała ją jakoś określić, to postawiłabym ją pomiędzy "oldschoolową" kreską charakterystyczną dla naprawdę starych serii, a "newschoolową".
    Jednak to co moim zdaniem naprawdę dobrze świadczy o serii, to nietuzinkowe podejście do tematu. W zasadzie miałam wrażenie, że kpią z wszelkich sztampowych scenariuszy do fantasy. Bohaterka jest silną dziewczyną, ale nie macha cyckami na prawo i lewo. Poza tym jak trzeba walczyć, to walczy - i to "piekielnie" (oj, coś polubiłaś to słowo w recenzji ;) ) dobrze. Gourry to niby rycerz z wspaniałym mieczem, ale jednocześnie taka kochana niedojda i taka naiwna, że trudno go nie lubić. I mogłabym tak dalej mówić.
    Podsumowując, muszę dokończyć oglądanie, bo jak na razie jest to jedna z ciekawszych serii, których nie było mi dane oglądać w dzieciństwie.

    PS. Nie oglądałam, ale opening kojarzyłam :B

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, ale możesz nadrobić, co, jak widzę, robisz ;)

      Powiem Ci, że niedawno przedstawiłam tę serię koleżance, która również nie oglądała jej w dzieciństwie - i też jej się spodobała. Także Moc silna w Slayersach jest. Może to jedno z tych ponadczasowych tworów?

      Brakuje mi bohaterek takich jak Lina. Naprawdę. Kiedyś w fantasy łatwiej było o bohaterkę, która potrafi zadbać o siebie, nie będąc przy tym na siłę nie-stereotypowa (i w efekcie stając się tsundere czy babochłopem). Nawet Ameryka do tego dokładała - serialem "Xena: wojownicza księżniczka". Jakoś tak... sens gdzieś zaginął. I do dziś ciężko go znaleźć.

      Pozdrawiam~!

      Usuń