Trwa tydzień eurowizyjny. Spotkania z prasą, próby, eliminacje do głównego konkursu i pierwszy od lat sukces Polski (więcej na ten temat w dalszej części tego wywodu). Wszystko to zwieńczone zostanie wielkim finałem, który będzie miał miejsce już w tę sobotę. Korzystając zatem z okazji, chciałabym przyjrzeć się bliżej temu dziwnemu zjawisku zwanemu Konkursem Piosenki Eurowizji i zastanowić się, skąd jego popularność i jak traktowany jest w Polsce.
Zacznijmy od podstaw. Według zawsze pomocnej Cioci Wikipedii:
Tyle ogółu. Warto jeszcze dodać, że Polska bierze w tym wydarzeniu udział od roku 1994 (zajęła wtedy drugie miejsce, kraj reprezentowała Edyta Górniak). Były to jeszcze czasy, gdy wykonawcy podchodzili do konkursu ze sporą dawką powagi - przypuszczalnie z powodu oceniania występów przez profesjonalne jury. Jednakże obecnie... sprawy mają się zgoła inaczej.
Od 1998 roku punkty przyznawane są przez telewidzów głosujących za pomocą telefonów i SMS-ów. Publiczność z danego kraju nie może głosować na własnego wykonawcę (nie dotyczy to jedynie mniejszości z danego kraju przebywających za granicą). A ponieważ Europa jest dziwnym tworem, z pokręconą historią pełną współpracy, zdrady i rozmaitych układów między poszczególnymi krajami, głosowanie jest bardzo zależne od sympatii jednego kraju do drugiego. Możemy być zatem zawsze pewni, że:
Zacznijmy od podstaw. Według zawsze pomocnej Cioci Wikipedii:
Konkurs Piosenki Eurowizji (ang. Eurovision Song Contest (ESC), fr. Concours Eurovision de la Chanson, potocznie Eurowizja) – organizowana corocznie od 1956 roku impreza muzyczna, w której biorą udział przedstawiciele publicznych stacji telewizyjnych zrzeszonych w Europejskiej Unii Nadawców (EBU).
Tyle ogółu. Warto jeszcze dodać, że Polska bierze w tym wydarzeniu udział od roku 1994 (zajęła wtedy drugie miejsce, kraj reprezentowała Edyta Górniak). Były to jeszcze czasy, gdy wykonawcy podchodzili do konkursu ze sporą dawką powagi - przypuszczalnie z powodu oceniania występów przez profesjonalne jury. Jednakże obecnie... sprawy mają się zgoła inaczej.
![]() |
| Eurowizja w jednym zaskakująco trafnym zdaniu [x] |
- kraje skandynawskie będą głosować na siebie nawzajem
- podobnie kraje bałtyckie
- Portugalia zagłosuje na Hiszpanię
- Hiszpania na Portugalię
- Grecja na Cypr
- Cypr na Grecję
- Białoruś na Rosję
- Irlandia na Polskę
I tak dalej, sporą rolę gra również aktualna sytuacja polityczna (przykład: sukces "Keine Grenze" którą Ich Troje przedstawiło w konkursie w okresie, gdy Polska była coraz bliżej stania się członkiem Unii Europejskiej). Czasem pomaga również porządne i zaskakujące show (niech przykładem będzie fińskie Lordi).
![]() |
| Lordi (rep. Finlandii w roku 2006) [x] |
Rok 1998 stał się swego rodzaju przełomem: oddanie głosowania w ręce widzów można przyrównać do swego rodzaju ofiarowania wykonawcom większej wolności. Nie musieli już starać się przypodobać sztywnemu jury. Teraz musieli zwracać uwagę odbiorców. Z kolei to, co podoba się odbiorcom, można od kilku lat obserwować dzięki Internetowi: widzowie komentujący w czasie rzeczywistym występy, zachwycający się kiczem, dziwacznymi strojami i ogromnymi ilościami brokatu - słowem, wszystkim, czego nie zobaczymy w klasycznych konkursach muzycznych czy podczas popularnych gali przyznania nagród. Eurowizja to festiwal absurdu: błyszczące stroje, wielkie fryzury, wzbudzająca śmiech oprawa i głupie niekiedy teksty piosenek. Pozornie wszystko, co powinno wzbudzić niechęć - a co z jakiegoś powodu przyciąga.
![]() |
| Wierka Serdiuczka (rep. Ukrainy w 2007 roku). Brokatu nigdy za wiele [x] |
Pozostaje jednak pytanie: jak wyjaśnić, dlaczego właściwie Eurowizja nas przyciąga? Co więcej odnoszę wrażenie, że z roku na rok odzew fanów tego konkursu jest coraz większy. Zupełnie jakby coraz więcej ludzi przestawało się wstydzić, że lubi te kiczowate występy - występy, które (dodajmy) nie zawsze stanowią piękną i poważną wizytówkę danego kraju. I chyba właśnie w tym leży cały urok: w braku tej śmiertelnej salonowej powagi, w wszechobecnym (no, prawie) dystansie, w humorze, w braku hamulców i chęci zabawy. Europa chce się bujać przy prostej muzyce i oglądać dziwolągi. I co ważniejsze, Europa się z nich nie wyśmiewa. Im dziwniej i bardziej absurdalnie, tym lepiej. Europa chce brokatowego kiczu i piosenek o darmowym piwie, bo nigdzie indziej, na żadnym międzynarodowym festiwalu czy gali przyznania nagród tego nie zobaczy. Inne gale są poważne, ich uczestnicy noszą idealnie skrojone garnitury i suknie od najlepszych projektantów. Wykonawcy na Eurowizji noszą dopasowane błyszczące kombinezony. Piosenkarze na innych galach wykonują swoje utwory z pierwszych miejsc list przebojów. Ci z Eurowizji śpiewają operę w rytmie dubstepu, błyszcząc przy tym jak kula dyskotekowa.
Eurowizja ma już swoje internetowe memy (tegoroczne, powstałe po eliminacjach, nawiązują do "Gry o Tron": either you win or you die). Od kilku lat krążą o niej dowcipy nawiązujące do historii Europy i wojen - według nich Eurowizja jest po prostu współczesną formą dorocznej europejskiej wojny, podczas której każdy kraj wystawia swojego najgorszego wykonawcę i stara się sprawić, by pozostali ogłuchli.
Oczywiście jak każde szanujące się zjawisko na obszarze popkultury Konkurs Piosenki Eurowizji ma także swoich zagorzałych przeciwników. Do głosów krytyki coraz śmielej dołącza Rosja, nazywając go festiwalem wychwalającym homoseksualizm. Swoją drogą... czy warto przypominać, kto w 2003 roku był reprezentowany przez zespół t.A.T.u?
Obserwując od kilku lat przebieg konkursy dochodzę do wniosku, iż kluczem do sukcesu danego wykonawcy jest przede wszystkim dystans do siebie i do wykonywanej piosenki. Najbardziej zapamiętywani są bowiem ci, którzy odważyli się przekroczyć pewien poziom absurdu, porzucić sztywne ramy i zwyczajnie zaszaleć, bawić się występem. Istotna jest także sama piosenka: w pamięci widzów zapisują się żywsze utwory, nie ballady (nieważne jak piękne by nie były - Eurowizja to nie jest odpowiedni konkurs dla ballad). Oczywiście to, co podoba się odbiorcom w Sieci, niekoniecznie musi przekładać się na wynik głosowania. Widzowie zapamiętają operowego wampira, ale głosy otrzyma śliczna Dunka - i nie ma w tym nic dziwnego, bo jak zostało wspomniane, w tym konkursie bardzo duże znaczenie mają sympatie polityczne.
Pozostaje jeszcze sprawa Polski, która w tym roku obchodzi dwudziestolecie swojego uczestnictwa w Eurowizji. Co prawda nie brała w nim udział co roku (najaktualniejszym przykładem jest nieobecność Polski w latach 2012 i 2013), a od roku 2004, kiedy to Blue Cafe miało zapewnione miejsce w finale dzięki sukcesowi Ich Troje z roku wcześniejszego, zawsze zatrzymywała się na etapie eliminacji. I praktycznie zawsze powód był ten sam: wykonawca traktował występ zbyt poważnie i nie potrafił nabrać dystansu do samego wydarzenia. Ogólnie rzecz ujmując, zapomniano o najważniejszym: Eurowizja to nie recital. Na nic piękna ballada, jeśli nie zwrócisz na siebie uwagi.
Na zakończenie wypadałoby napisać kilka słów odnośnie polskiego występu w tegorocznym konkursie. Póki co polska piosenka "My, Słowianie/We are Slavic" Donatana i Cleo zdołała pokonać złą passę naszego kraju i znaleźć się w finale. Warto również podkreślić, iż polska reprezentacja od lat nie cieszyła się takim zainteresowaniem mediów - poza Donatanem i Cleo szczególną uwagę zyskało tylko Ich Troje (z czasów "Keine Grenze") oraz Edyta Górniak. Obserwatorzy konkursu twierdzą, że to dobry znak. Ja osobiście podzielam ich zdanie, zwłaszcza po obejrzeniu czwartkowych eliminacji i zobaczeniu reakcji publiczności na występ Cleo. Słowem, nie było źle. Aczkolwiek jak zawsze musiało pojawić się jakieś "ale".
Przyznaję bez bicia, iż moja pierwsza styczność z radosną piosenką o słowiańskich dziewczynach zbyt pozytywnie się nie zakończyła. Ot, zakochana w "Bałkanicy" skwitowałam utwór Donatana wzruszeniem ramion. Potem jedynie irytowałam się faktem, iż mocno promowana piosenka atakuje mnie praktycznie ze wszystkich stron. Swoje robiło równie to, że nie potrafiłam dotrzeć do kluczowej informacji odnośnie tej piosenki: czego właściwie ona ma być parodią? Bo to, że zarówno piosenka jak i teledysk parodią jest, było wszem i wobec ogłoszone przez samych twórców.
Ośmielę się przypuszczać, iż to właśnie brak wiedzy odnoście obiektu parodii jest przyczyną sporej części negatywnych komentarzy, które pojawiły się w ostatnich dniach. Co odważniejsi mogą rzucić okiem na to, co pojawia się pod wideo z występu duetu w czwartkowych eliminacjach. Najczęściej powtarzają się zarzuty dotyczące przedstawienia polskich kobiet jako wykonawczyń najstarszego zawodu świata, wystawiania "pięknego" świadectwa Polsce i kpin z folkloru. Rzadziej krytykowany jest poziom piosenki. Innymi słowy, teledysk i występ został potraktowany przez te osoby śmiertelnie poważnie. Innymi słowy, parodia zrobiła swoje - bo tym, co zostało wyśmiane, jest nic innego jak polskie podejście do sprawy folkloru i kultury słowiańskiej. Całą powaga, z jaką traktowana jest tradycja, oraz (w kontekście Eurowizji) tendencja do promowania wszem i wobec Polski tylko i wyłącznie produktami powiązanymi z folklorem. Za każdym razem najzupełniej serio, z namaszczeniem, bez dotyku świeżości. Do tego dochodzi momentami dość bezpłciowa prezentacja kobiet w strojach ludowych, pozapinanych pod szyję i bujających się w lewo i w prawo z przyklejonymi uśmiechami - bo kobieta w polskim folklorze nie może być w żaden sposób wyzwolona.
Owe wychwalanie folkloru, niekiedy przybierające postać absurdu, zaczęło powoli ograniczać nasz kraj. Są to swego rodzaju kajdany, które Polacy sami sobie założyli i teraz nie mogą wyjść ze zdumienia, że coś ich ściąga w dół. Przypomnijmy sobie choćby słynny hymn na Euro 2012 w wykonaniu zespołu Jarzębina. Jak podsumował w jednej ze swoich ocen Niekryty Krytyk, dobrze jest pamiętać, że Polska to kraj z tradycjami oraz jak kiedyś wyrabiało się masło. Tyle że młode pokolenie wolałoby zobaczyć, jak wyrabia się masło w Polsce współczesnej. Fakt, może nie wyrabia się go tak, jak w teledysku Donatana i Cleo, lecz przekaz pozostaje.
Można by tu napisać cały elaborat na temat domniemanego seksizmu w klipie do "My, Słowianie", oskarżeń pod adresem Donatana i polskiego podejścia do polskich kobiet. Faktem jest (niestety), iż Polki uchodzą za łatwe, a grubiańskie zaczepiania kelnerek w barach jest uznawane za coś normalnego. Jednak kiedy same Polki próbują ten wizerunek zmieniać i biorą sprawy seksapilu we własne ręce, natychmiast podnoszą się głosy oburzenia. A niech któraś ośmieli się pokazać na arenie międzynarodowej głębszy dekolt czy bardziej odsłoniętą nogę - wtedy spadają gromy i padają epitety, jak to możemy obserwować w aktualnych dyskusjach dotyczących naszego eurowizyjnego występu. Tak się bowiem nieszczęśliwie składa, że nasza polska tendencja do podkładania sobie świń wciąż bierze górę nad koniecznością wspierania każdego, kto w jakiś sposób Polskę reprezentuje. Jako naród musimy się jeszcze wiele nauczyć.
Sądzę, że osobom tak namiętnie mieszających polski występ z błotem brakuje dystansu - bo to właśnie on jest konieczny, aby pojąć sens jakiejkolwiek parodii. /ten rodzaj folkloru, który Polska uwielbia promować, nie został w żaden sposób obrażony, a zwyczajnie obśmiany. Ja jako Polka i kobieta również obrażona się nie czuję. Co zaś się tyczy poziomu piosenki, bądźmy szczerzy: Eurowizja nie jest konkursem najwyższych lotów, więc wystawianie w nim utworów wybitnych trochę mija się z celem. Ponad to miejmy na uwadze polityczny aspekt konkursu - to nie piosenka się liczy, a sympatia do danego narodu. No i show, on często ratuje sytuację.
Przestańmy zatem się przejmować, dajmy sobie na luz i cieszmy się z obecności polskiego wykonawcy w finale. Wspierajmy naszych - wygramy czy nie, mamy wreszcie szansę na to, by za granicą mówili o nas w superlatywach.
Na koniec mały dodatek: filmik powstały w czasach świetności mema pt. "Opening z Attack on Titan pasuje do wszystkiego".
![]() |
| Cezar (rep. Rumunii z 2013 roku) znany w Sieci jako "dubstep opera gay vampire" [x] |
Eurowizja ma już swoje internetowe memy (tegoroczne, powstałe po eliminacjach, nawiązują do "Gry o Tron": either you win or you die). Od kilku lat krążą o niej dowcipy nawiązujące do historii Europy i wojen - według nich Eurowizja jest po prostu współczesną formą dorocznej europejskiej wojny, podczas której każdy kraj wystawia swojego najgorszego wykonawcę i stara się sprawić, by pozostali ogłuchli.
Oczywiście jak każde szanujące się zjawisko na obszarze popkultury Konkurs Piosenki Eurowizji ma także swoich zagorzałych przeciwników. Do głosów krytyki coraz śmielej dołącza Rosja, nazywając go festiwalem wychwalającym homoseksualizm. Swoją drogą... czy warto przypominać, kto w 2003 roku był reprezentowany przez zespół t.A.T.u?
![]() |
| Jedna z członkiń grupy Buranowskije Babuszki (rep Rosji w 2012 roku). |
Obserwując od kilku lat przebieg konkursy dochodzę do wniosku, iż kluczem do sukcesu danego wykonawcy jest przede wszystkim dystans do siebie i do wykonywanej piosenki. Najbardziej zapamiętywani są bowiem ci, którzy odważyli się przekroczyć pewien poziom absurdu, porzucić sztywne ramy i zwyczajnie zaszaleć, bawić się występem. Istotna jest także sama piosenka: w pamięci widzów zapisują się żywsze utwory, nie ballady (nieważne jak piękne by nie były - Eurowizja to nie jest odpowiedni konkurs dla ballad). Oczywiście to, co podoba się odbiorcom w Sieci, niekoniecznie musi przekładać się na wynik głosowania. Widzowie zapamiętają operowego wampira, ale głosy otrzyma śliczna Dunka - i nie ma w tym nic dziwnego, bo jak zostało wspomniane, w tym konkursie bardzo duże znaczenie mają sympatie polityczne.
Pozostaje jeszcze sprawa Polski, która w tym roku obchodzi dwudziestolecie swojego uczestnictwa w Eurowizji. Co prawda nie brała w nim udział co roku (najaktualniejszym przykładem jest nieobecność Polski w latach 2012 i 2013), a od roku 2004, kiedy to Blue Cafe miało zapewnione miejsce w finale dzięki sukcesowi Ich Troje z roku wcześniejszego, zawsze zatrzymywała się na etapie eliminacji. I praktycznie zawsze powód był ten sam: wykonawca traktował występ zbyt poważnie i nie potrafił nabrać dystansu do samego wydarzenia. Ogólnie rzecz ujmując, zapomniano o najważniejszym: Eurowizja to nie recital. Na nic piękna ballada, jeśli nie zwrócisz na siebie uwagi.
![]() |
| Cleo, czyli Polska w Eurowizji 2014 [x] |
Na zakończenie wypadałoby napisać kilka słów odnośnie polskiego występu w tegorocznym konkursie. Póki co polska piosenka "My, Słowianie/We are Slavic" Donatana i Cleo zdołała pokonać złą passę naszego kraju i znaleźć się w finale. Warto również podkreślić, iż polska reprezentacja od lat nie cieszyła się takim zainteresowaniem mediów - poza Donatanem i Cleo szczególną uwagę zyskało tylko Ich Troje (z czasów "Keine Grenze") oraz Edyta Górniak. Obserwatorzy konkursu twierdzą, że to dobry znak. Ja osobiście podzielam ich zdanie, zwłaszcza po obejrzeniu czwartkowych eliminacji i zobaczeniu reakcji publiczności na występ Cleo. Słowem, nie było źle. Aczkolwiek jak zawsze musiało pojawić się jakieś "ale".
Przyznaję bez bicia, iż moja pierwsza styczność z radosną piosenką o słowiańskich dziewczynach zbyt pozytywnie się nie zakończyła. Ot, zakochana w "Bałkanicy" skwitowałam utwór Donatana wzruszeniem ramion. Potem jedynie irytowałam się faktem, iż mocno promowana piosenka atakuje mnie praktycznie ze wszystkich stron. Swoje robiło równie to, że nie potrafiłam dotrzeć do kluczowej informacji odnośnie tej piosenki: czego właściwie ona ma być parodią? Bo to, że zarówno piosenka jak i teledysk parodią jest, było wszem i wobec ogłoszone przez samych twórców.
Ośmielę się przypuszczać, iż to właśnie brak wiedzy odnoście obiektu parodii jest przyczyną sporej części negatywnych komentarzy, które pojawiły się w ostatnich dniach. Co odważniejsi mogą rzucić okiem na to, co pojawia się pod wideo z występu duetu w czwartkowych eliminacjach. Najczęściej powtarzają się zarzuty dotyczące przedstawienia polskich kobiet jako wykonawczyń najstarszego zawodu świata, wystawiania "pięknego" świadectwa Polsce i kpin z folkloru. Rzadziej krytykowany jest poziom piosenki. Innymi słowy, teledysk i występ został potraktowany przez te osoby śmiertelnie poważnie. Innymi słowy, parodia zrobiła swoje - bo tym, co zostało wyśmiane, jest nic innego jak polskie podejście do sprawy folkloru i kultury słowiańskiej. Całą powaga, z jaką traktowana jest tradycja, oraz (w kontekście Eurowizji) tendencja do promowania wszem i wobec Polski tylko i wyłącznie produktami powiązanymi z folklorem. Za każdym razem najzupełniej serio, z namaszczeniem, bez dotyku świeżości. Do tego dochodzi momentami dość bezpłciowa prezentacja kobiet w strojach ludowych, pozapinanych pod szyję i bujających się w lewo i w prawo z przyklejonymi uśmiechami - bo kobieta w polskim folklorze nie może być w żaden sposób wyzwolona.
Owe wychwalanie folkloru, niekiedy przybierające postać absurdu, zaczęło powoli ograniczać nasz kraj. Są to swego rodzaju kajdany, które Polacy sami sobie założyli i teraz nie mogą wyjść ze zdumienia, że coś ich ściąga w dół. Przypomnijmy sobie choćby słynny hymn na Euro 2012 w wykonaniu zespołu Jarzębina. Jak podsumował w jednej ze swoich ocen Niekryty Krytyk, dobrze jest pamiętać, że Polska to kraj z tradycjami oraz jak kiedyś wyrabiało się masło. Tyle że młode pokolenie wolałoby zobaczyć, jak wyrabia się masło w Polsce współczesnej. Fakt, może nie wyrabia się go tak, jak w teledysku Donatana i Cleo, lecz przekaz pozostaje.
Można by tu napisać cały elaborat na temat domniemanego seksizmu w klipie do "My, Słowianie", oskarżeń pod adresem Donatana i polskiego podejścia do polskich kobiet. Faktem jest (niestety), iż Polki uchodzą za łatwe, a grubiańskie zaczepiania kelnerek w barach jest uznawane za coś normalnego. Jednak kiedy same Polki próbują ten wizerunek zmieniać i biorą sprawy seksapilu we własne ręce, natychmiast podnoszą się głosy oburzenia. A niech któraś ośmieli się pokazać na arenie międzynarodowej głębszy dekolt czy bardziej odsłoniętą nogę - wtedy spadają gromy i padają epitety, jak to możemy obserwować w aktualnych dyskusjach dotyczących naszego eurowizyjnego występu. Tak się bowiem nieszczęśliwie składa, że nasza polska tendencja do podkładania sobie świń wciąż bierze górę nad koniecznością wspierania każdego, kto w jakiś sposób Polskę reprezentuje. Jako naród musimy się jeszcze wiele nauczyć.
Sądzę, że osobom tak namiętnie mieszających polski występ z błotem brakuje dystansu - bo to właśnie on jest konieczny, aby pojąć sens jakiejkolwiek parodii. /ten rodzaj folkloru, który Polska uwielbia promować, nie został w żaden sposób obrażony, a zwyczajnie obśmiany. Ja jako Polka i kobieta również obrażona się nie czuję. Co zaś się tyczy poziomu piosenki, bądźmy szczerzy: Eurowizja nie jest konkursem najwyższych lotów, więc wystawianie w nim utworów wybitnych trochę mija się z celem. Ponad to miejmy na uwadze polityczny aspekt konkursu - to nie piosenka się liczy, a sympatia do danego narodu. No i show, on często ratuje sytuację.
Przestańmy zatem się przejmować, dajmy sobie na luz i cieszmy się z obecności polskiego wykonawcy w finale. Wspierajmy naszych - wygramy czy nie, mamy wreszcie szansę na to, by za granicą mówili o nas w superlatywach.
Na koniec mały dodatek: filmik powstały w czasach świetności mema pt. "Opening z Attack on Titan pasuje do wszystkiego".






Co do "Keine Grenzen" to dodam jeszcze, że może na sukces się złożyło to, że częściowo była ona wykonywana po niemiecku - co ludziom z krajów niemieckojęzycznych bardzo się spodobało. Ale chyba trafnie ujęłaś problem - bo jak niektórzy płaczą, że kiedyś Eurowizja miała poziom - ale kiedyś była oceniana przez profesjonalne jury. Dzisiaj trzeba się przypodobać masom, a masy prędzej kupią kicz i absurd, niż porządne wykonanie pięknej ballady. Niestety, jak to mówią "deal with it". Lepiej się pośmiać i podejść do tego z humorem, niż się spinać. Nasi chyba wciąż tkwią w tych latach, kiedy Eurowizję oceniało jury. A tak nie jest. I Donatan i Cleo to załapali ;)
OdpowiedzUsuńNawet nie tyle, że tkwią w latach - mi się zdaje, że nasi mają zakodowane inne pojęcie "konkursu". No, chyba że chodzi o konkurs na Miss Mokrego Podkoszulka ;) Ale każdy konkurs muzyczny i filmowy to srs business. Swoją drogą na potrzeby tego wpisu przejrzałam listę naszych reprezentantów z ostatnich lat, bo ni choroby nie mogłam sobie większości przypomnieć - a jak przeczytałam nazwiska, nie pamiętałam nawet fragmentu piosenek. Pamiętam tylko, że zdecydowana większość to były ballady (ale balladę też trzeba umieć wystawić).
UsuńTak, a nasi nie potrafią załapać, że takie konkursy to polityka, marketing, show i wszystko inne, tylko nie walory artystyczne. Tak samo jest z Oscarami przecież. Może tylko jakieś niszowe i lokalne konkursy są od tego wolne, ale w też to wątpię. Ballady wygrywały czasami, ale musiały być specyficzne/ujmujące (chyba ostatnio wygrała ballada śpiewana po serbsku). I niestety, ale od czasów chyba właśnie Blue Cafe nie wystawiliśmy nikogo, kto byłby bardziej znany. Aż do tego roku, dlatego życzę im najlepiej.
UsuńPS. Zakochałam się w dubstep opera gay vampire - znowu puszczam sobie jego piosenkę :D
Ale też Oscary mają inną oprawę, są sztywniejsze - a na czerwonym dywanie Eurowizji paradują faceci w sukienkach. Nasi niedługo będą do spółki z Rosją krzyczeć, że atakuje nas pedalstwo. Ech _^_
UsuńTa oficjalna część jest na pewno sztywniejsza, ale chodzi o to, że też tym rządzi polityka i zagrywki producentów, a nie wartości artystyczne filmów. Tak, pedalstwo i gender. Aż mi się przypomniał plakat w Krakowie o wykładzie "Gender: jak się przed tym bronić?" Chyba mieczem. Albo tarczą.
UsuńTo prawda, stąd te wieczne kłótnie po rozdaniach statuetek. Ale w przypadku Oscarów możemy jeszcze mówić o istnieniu "wartości artystycznej" a w przypadku Eurowizji chyba niekoniecznie - no, może tylko jeśli uznamy brokatowy kicz za nic innego jak kolejny rodzaj sztuki. Ale nie porównywałabym tych dwóch rodzajów wartości, bo to już niebo a ziemia.
UsuńTjaa... dzieci, bądźcie grzeczne, bo inaczej przyjdzie dżender i was zje!
Myślę, że w sztuce od zawsze była jakaś prowokacja, czy jakaś szokująca wizja. Być może większość tych artystów sama chce wyśmiać te zaniżone standardy?
Usuńbardzo fajna note tu napisalas, mam podobne spostrzezenia ja ty i odad my slowianie pojawilo sie w mediach to nie moglam zrozumiec co ta bardzo seksistowskiego jest w tej piosence, ktora przy klipach miley cyrus prezentuje sie nobliwie i godnie jak gorzkie zale :P w klipach r'n'b roi sie od krocz, biustow i twerkania a jakos nie widze zeby ludzie plakali jakie to seksistowskie :P no ale u nas juz nie wypada a jeszcze na wsi to w ogole.
OdpowiedzUsuńPatrząc po komentarzach choćby na youtube odnoszę wrażenie, że teledysk do "My, Słowianie" to jakby naruszenie pewnej świętości. Ale z drugiej strony, kiedy przeglądałam notki z Wiki o naszych występach w ostatnich latach, zauważyłam niezłą rzecz. Okazało się, że występ Blue Cafe też wzbudził kontrowersje, bo... Tatiana Okupnik miałą na sobie prześwitującą sukienkę. Znaczy... dorosła kobieta nie może podkreślić swoich walorów? A wiemy przecież, że Tatiana nie twerkuje ani nie świeci kroczem - że tak nawiążę do tych klipów r'nb.
Usuń