czwartek, 10 kwietnia 2014

Nieschematyczna, Nieporadna, Niezgodna

Gatunek young adult fiction niezmiennie kojarzy mi się z historiami, których bohaterka - piękna dziewczyna o "nieziemskich mocach" w wieku około lat szesnastu- zostaje wplątana w intrygę, której nie pojmuje, a która nie może zostać rozwikłana bez jej udziału. Nie inaczej było w przypadku "Niezgodnej" (org. Divergent), nakręcony na podstawie pierwszej części trylogii autorstwa Veronici Roth. Według promującego obraz opisu:

W metropolii wzniesionej na ruinach Chicago idealne społeczeństwo budowane jest na zasadzie selekcji. Każdy nastolatek musi przejść test predyspozycji określający jego przynależność do jednej z pięciu grup. Jeśli nie posiadasz żadnej z pięciu kluczowych cech, będziesz żyć na marginesie. Jeśli zaś masz więcej niż jedną z nich, jesteś NIEZGODNYM i czeka cię całkowita eliminacja. Chyba że – tak jak Beatrice – uda ci się uciec i znaleźć drogę do podziemnego świata ludzi, którzy zdecydowali się rzucić wyzwanie bezdusznemu systemowi. Beatrice musi znaleźć w sobie dość odwagi, by zaryzykować wszystko w walce o to, co kocha najbardziej. (x)



Zatem film o czym jest, każdy widzi.  W czytanych przeze mnie opiniach przewija się zarzut, dotyczący różnic między nim a książkowym pierwowzorem. Czy słuszny, tego nie wiem, gdyż książki nie czytałam i wątpliwe jest, żebym przeczytała. Zresztą mam zwyczaj uważać książkę za zupełnie inne medium, dlatego moim zdaniem porównywanie jej z filmową adaptacją zbyt wiele sensu nie ma. Inne medium oznacza bowiem użycie innych środków do przekazania treści. Film to przede wszystkim obraz i muzyka - i te właśnie stanowią mocny punkt "Niezgodnej". Niezłe efekty, kapitalne ujęcia przedstawiające postapokaliptyczne Chicago (zniszczone porośnięte zielem budynki i pędzące między nimi pociągi robią wrażenie) i doskonale dobrana muzyka. To wszystko jest w stanie przynajmniej minimalnie zrekompensować kiepską momentami stronę merytoryczną filmu. Co prawda przypuszczam, że jako przedstawiciel gatunku young adult "Niezgodna" broni się wspaniale (pochlebne w słowach zestawienie w jednym zdaniu z "Igrzyskami Śmierci" coś oznacza). Jednak dla starszego i wymagającego widza (tj. kogoś bardziej adult niż young) "Niezgodna" może się wydawać niepoważna, wręcz śmieszna - acz nie głupio śmieszna; raczej zupełnie przez przypadek zabawna. Niepoważna mimo zamierzonej (i pasującej) powagi sytuacji, śmieszna przez niektóre zachowania głównej bohaterki. A wszystko przez mało udany i trochę drętwy wątek miłosny. Do bólu przewidywalny, chwilowo absurdalny (patrz: scena, w której Cztery znajduje pretekst do zdjęcia koszulki), na szczęście nie zdominował filmu i grzecznie pozostał z boku, jako subplot. Nie zmienia to jednak faktu, iż sercowe rozterki Beatrice "Tris" Prior idealnie nadają się do pijackiej gry.

Na plakacie promującym film Tris (Shirley 
Woodley) prezentuje się od najlepszej strony. 
Partnerujący jej Cztery (Theo James) również (x).
Mam również mieszane uczucia co do głównej bohaterki. Faktem jest, że Beatrice jako heroina opowieści z gatunku youg adult fiction zbiera bardzo pochlebne recenzje (podobnie rzecz się ma z grającą ją Shailene Woodley). 
Z kolei ja... sama nie wiem. Z jednej strony przyznać muszę, iż dziewczę wydaje mi się całkiem sympatyczne. Nie posiada niezwykłych mocy - w każdym razie w naszym tego słowa rozumieniu, gdyż w uniwersum "Niezgodnej" posiadanie więcej niż jednej dominującej cechy charakteru czyni człowieka wyjątkowym. Tris posiada trzy takie cechy i co ważne umie je dobrze wykorzystywać. Ponad to szybko się uczy, adaptuje do nowego środowiska oraz odznacza olbrzymią determinacją. No i najważniejsze: nie godzi się na zaszufladkowanie. Słowem - doskonały wzór dla młodych dziewczyn. 
To co sprawiło jednak, że nie raz krzywiłam się z powodu Tris, leżało chyba wyłącznie po stronie twórców filmu. Chodzi tu o detale. Beatrice, która z początku należała do Altruistów, czyli frakcji ludzi odznaczających się skromnością i brakiem egoizmu (istotnym szczegółem było ograniczenie używania przez nich luster w imię wyzbycia się próżności) objawia się widzom jako cicha, odziana w workowatą sukienkę dziewczynka... z widocznym pełnym makijażem. Makijaż jest najwyraźniej wytatuowany, gdyż do końca filmu przetrwał w stanie niemalże nienaruszonym (wręcz chyba trochę poprawionym), nieważne czy Tris dopiero co wstawała z łóżka czy wracała do pokoju po wyczerpującym dniu. Jeśli coś wskazywało na wysiłek, jaki danego dnia poniosła, były to jej włosy, które ewoluowały od grzecznego koka najpierw w koński ogon a potem w puszystą rozpuszczoną burzę. Po wysiłku lub walce kosmyki wymykały się z końskiego ogona lub koka. Najwyraźniej lakiery do włosów w przeciwieństwie do eyelinera nie będą w przyszłości tytanowe.
Nie podobało mi się również nadmierne dodawanie Tris seksapilu. Czym innym jest seksapil, który wychodzi od bohaterki w następstwie zmian, jakie przeszła - takie coś lubię, bo jest to naturalne następstwo wzrostu pewności siebie i samoakceptacji. Ale gdy seksapil jest narzucony niejako z zewnątrz, to widać. Tris ma własny seksapil, który nabywa w trakcie filmu, jednocześnie nabierając pewności siebie. Ale i twórcy postanowili dorzucić coś od siebie, np. skazując jej sweter na podziurawienie w miejscach strategicznych. Uważam, że taki zabieg - do spółki z widocznym od początku makijażem - odbiera postaci wiarygodność.

Tym, co bardzo przypadło mi do gustu w filmie, było jego przesłanie. Proste, niby oczywiste, ale bardzo trafne jak na dzisiejsze czasy: nikogo nie należy szufladkować. Nikogo. Bo każdy ma potencjał i każdy może zaskoczyć - ot, może się okazać, że ten tchórzliwy dziwak posiada odwagę, prawdziwą odwagę, nie zwykłą brawurę. A ten ktoś, kogo uważamy za mądrego, może okazać się boleśnie ograniczony. Uniwersalna prawda, o której obecnie zdarza nam się zbyt często zapominać.

Myślę, że "Niezgodna" to dobry film przede wszystkim dla fanów gatunku... i dla fanów "Igrzysk Śmierci", oczekujących w zniecierpliwieniu na premierę ostatniego filmu z serii. Pozostałych widzów film może przypadkowo rozbawić. Aczkolwiek stanowi on niezłą rozrywkę na weekendowe popołudnie, niezobowiązującą, lekką i nie nużącą. Co prawda nie trzyma w napięciu, ale nie jest źle.
Film ratuje muzyka i strona wizualna. Z całą resztą bywało różnie. Film jakichś szczególnych wrażeń we mnie nie wywołał - być może jestem na takie historie za stara. Do obejrzenia go skusił mnie zacytowany na początku opis, który reklamował "Niezgodną" już kilka dni przed premierą. Dla mnie osobiście opis okazał się znacznie ciekawszy od filmu. Ale jednocześnie... nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w kinie. Być może to kwestia nastawienia: po prawdzie nie spodziewałam się niczego ambitnego. Albo zasługa bohaterki, która mimo początkowej nieporadności zdołała, jak wspomniałam, wzbudzić we mnie sympatię. Mimo wszystko gatunek young adult nie jest i nie będzie moim ulubionym.

Moja ocena to 6/10.

3 komentarze:

  1. Dobry motyw z "wytatuowanym makijażem" :D Ale cóż, w sumie widziałam tylko zwiastun przed Kapitanem Ameryką i jakoś mnie nie chwyciło. Ot kolejny film na fali, bo "Igrzyska Śmierci" są popularne. Tak było też z wampirami, itd. No i oczywiście w Empiku książkę reklamują jako wielki hit. Aż chyba napiszę wpis pt. "Absurdy z Empika", tylko muszę trochę fotek porobić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według filmweba ten film to porażka - znaczy, nie że kiepski, ale zakładano, że przyniesie większe zyski (tak samo jest z nowym filmem o Muppetach, btw). Mi się zdaje, że ta książka może być fajna. Czytałam w sieci streszczenia trzech części (u cioci Wiki^^) i powiem Ci, że trzecia część brzmi ciekawie. Po tym, co widziałam w pierwszej, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.
      Ten makijaż mnie zagiął, serio. Ja rozumiem, jakby on pojawił się później, bo dziewczyna nabiera seksapilu i staje się sobą - coś jak Elsa w Frozen. Ale na początku widzisz ją w skromnym koku, bezkształtnej szarej sukience a'la worek, do tego dowiadujesz się, że jej kasta ma zasadę, która zabrania patrzenia w lustra dłużej niż kilka minut (co jest logiczne, bo oni wyzbywają się próżności i egoizmu). Ale jednocześnie widzisz jej umalowane oczy. Tu by pasowało coś jak u Katniss - makijaż dla aktorki, ale brak widocznego u postaci. Mała rzecz a razi :/

      Usuń
    2. No rozumiem, czyli makijaż znikąd po prostu. O ile w Frozen było to wyjaśnione (magia), w Igrzyskach także (w filmie nieco mniej, ale w książce bardziej szczegółowo. Chodziło o prezentację, a mieszkańcy Kapitolu lubią taki przesadzony wręcz wygląd, makijaż, itd. Katniss po prostu specjalnie charakteryzowano, czuwał nad nią sztab ludzi odpowiedzialnych za kostiumy, makijaż, ogólnie wygląd). Czyli w skrócie - film jest porażką, jeśli chodzi o Box Office. Ale to nie znaczy od razu, że film jest zły. Niektóre filmy zyskują sławę na długo po tym, jak były w kinie.

      Usuń