niedziela, 2 lutego 2014

"Hobbit: pustkowie Smauga", czyli klątwa części drugiej

Druga część filmowej trylogii o przygodach pewnego hobbita z Bag End miała miejsce już miesiąc temu. Film się obejrzało, przemyślało i wnioski z przemyśleń wyciągnęło, zarówno te pozytywne jak i te niekoniecznie do takich się zaliczające.
[x]

Wydaje mi się, że Hobbit: pustkowie Smauga to idealny przykład swoistej klątwy ciążącej nad środkową częścią trzyczęściowej serii. Część pierwsza ma zawsze za zadanie wprowadzić widza w świat, o którym opowiada trylogia, przedstawić bohaterów, ich zadanie i tak dalej i tak dalej, wszystko okraszone atrakcyjną scenerią, przyjemną muzyką, bardzo dobrymi efektami specjalnymi i porywającymi scenami akcji. Słowem: film na poziomie. Z kolei część trzecia to podsumowanie i zakończenie: mamy zwykle epicką walkę, po czym każdy z bohaterów idzie w swoją stronę. Efekty specjalne powalają. Do tego świetna muzyka pomaga stworzyć doskonały, jedyny w swoim rodzaju klimat. Innymi słowy, twórca filmu chce stworzyć część najlepszą.

A między tymi dwoma filmami - bardzo dobrym i rewelacyjnym - musimy upchnąć część drugą, która z racji swojego miejsca zostaje zazwyczaj potraktowana po macoszemu*.





Zdecydowana większość moich zarzutów co do "drugiego Hobbita" wynika z naprawdę słabego przedstawienia upływu czasu. Hobbit: pustkowie Smauga jest filmem przede wszystkim irytująco krótkim. Mimo iż trwa ponad dwie i pół godziny (161 minut), odczuwalny czas oglądania zdaje się o wiele krótszy; wręcz za krótki, ponieważ owe 161 minut jest wręcz przeładowane akcją. Scena ucieczki, scena walki, znów ucieczka, walka, pościg na rzece, walka ze smokiem... Dodatkowo specyficzny sposób kręcenia ich sprawił, że momenty te dosłownie przyprawiały o zawrót głowy (w każdym razie w wersji 2D). Narzucone w pierwszych minutach filmu tempo zostało utrzymane do końca - co z jednej strony jest rzeczą dobrą, z drugiej zaś lekko szokującą, bo po godzinie oglądania człowiek dowiaduje się, że właśnie spędził w kinie ponad dwie i pół godziny (dla porównania: podstawowa wersja filmu Władca Pierścieni: Dwie Wieże trwa 179 minut - prawie 20 minut dłużej, czyli mniej więcej o tyle, ile zabrakło mi podczas oglądania Pustkowia).

Nie tylko widzowie mogli odnieść wrażenie, że Pustkowie skończyło się zaraz po tym, jak się zaczęło. Krasnoludzka kompania bowiem miała okazję przebyć opisaną w książce drogę przez Mroczną Puszczę w tempie ekspresowym.
Ci spośród odbiorców, którzy znali wcześniej powieść Tolkiena, wiedzą że podróż przez Puszczę ciągnął się dla bohaterów niemal w nieskończoność. Postrzeganie przez nich upływu czasu zostało zaburzone, dni wydawały się niemożliwie długie, do tego dochodziła ciemność i halucynacje wywołane przez las. Film Petera Jacksona zachował co prawda wspomnianą ciemność i halucynacje, jednak samo rozciągnięcie podróży nie zaistniało: przeciwnie, wydaje się, że krasnoludy przebywały w Mrocznej Puszczy nie dłużej niż dzień, góra dwa; do tego dochodzi jeszcze jeden dzień pobytu w lochach pałacu króla elfów - pobytu, który według książki trwał tygodnie. Niestety, reżyser w żaden sposób nie zasugerował, iż od wejścia przez bohaterów do lasu, do ucieczki w beczkach po winie nie upłynęło więcej niż kilkadziesiąt godzin. Ciężko mi stwierdzić, czy zabieg ten był dla filmu korzystny czy wręcz przeciwnie. Mogę jedynie powiedzieć, że mi osobiście bardzo nie przypasował, bo tym samym wyeliminowany został niezwykle istotny motyw z powieści: fakt, iż czas dany kompanii na dotarcie do Samotnej Góry był tak naprawdę mocno ograniczony.

Przedstawiony powyżej problem wpłynął również, moim zdaniem, na postać, która wzbudzała mnóstwo kontrowersji odkąd tylko zapowiedziano jej obecność w filmie. Mowa o elfce Tauriel, która miała zawrzeć bliższą znajomość z krasnoludem Kilim - i zawarła, lecz marne przedstawienie upływu czasu w więzieniu elfów sprawiło, iż widz może łatwo odnieść wrażenie, że relacja tej dwójki jest popychana na siłę. Postacie nie dostały dostatecznie dużo wspólnego czasu ekranowego, by widz mógł z czystym sumieniem stwierdzić, iż faktycznie mieli kiedy rozbudzić w sobie zainteresowanie drugą osobą (czy romantyczne, czy też zwykłą fascynację kimś tak bardzo innym - to już kwestia indywidualnej interpretacji). Zaledwie kilka dłuższych wspólnych scen (jeśli mnie pamięć nie zawodzi... pięć?) w trakcje całej części poświęconej przygodzie w Puszczy i zaledwie dwie rozmowy wystarczyły jednak, by Tauriel radośnie rzuciła się w pościg za orkami, po tym jak usłyszała, że Kili został zraniony zatrutą strzałą. Kompresja czasu, który krasnoludy spędziły w leśnym więzieniu (w tym miejscu przypominam, że według książki spędził tam ponad miesiąc) sprawiła, że znajomość ta ewoluowała w tempie ekspresowym, a swój punkt kulminacyjny osiągnęła podczas sceny uzdrawiania w Mieście na Jeziorze.
Trudno mi jednoznacznie ocenić tę relację. Wiem jednak (nawet z pierwszej ręki), iż z powodu takiej a nie innej prezentacji Tauriel może być odbierana jak kolejna postać żeńska wepchnięta do scenariusza tylko i wyłącznie w celach romansowych.

Ów problem z czasem idzie niestety w parze ze słabym, moim zdaniem, montażem. Film jest ewidentnie pocięty, zdarzają się sytuacje, w których do bólu wyraźnie widać, że czegoś brak: oto scenka została usunięta i najprawdopodobniej pojawi się dopiero w wersji rozszerzonej na DVD. A tymczasem zastanawiajmy się, dlaczego orki (które, jak powszechnie wiadomo, inteligencją nie grzeszą) nazwały Kiliego łucznikiem w scenie, w której ani razu nie miał w ręku (ani w ogóle przy sobie) łuku, a także skąd Legolas i Tauriel wzięli konia. To drobiazgi, szczególiki, które z ogólnym rozliczeniu nie powinny zaważać na odbiorze filmu. Faktycznie jednak mogą stać się takimi kwiatkami jak adidasy Gandalfa czy zmieniające kolor oczy Legolasa w Dwóch Wieżach.
Smaug i Bilbo Baggins, czyli kawał dobrze wykonanej
roboty... oraz hobbit. [x]
Oczywiście nie oznacza to, że uważam ten film za jedną wielką pomyłkę. Przeciwnie: wyszłam z kina całkiem zadowolona, choć nie do końca usatysfakcjonowana. Pod zachwytem scenerii (przede wszystkim pałacu króla Mrocznej Puszczy oraz wnętrza Ereboru), gry aktorskiej (szczególnie Richard Armitage w roli Thorina oraz Lee Pace jako król Elfów, Thranduil) oraz efektów specjalnych...  a w każdym razie ich większości. Bo o ile stworzony cyfrowo smok Smaug robi ogromne wrażenie, tak scena, w której Legolas odjeżdża na koniu z Miasta na Jeziorze wprawia jedynie w zażenowanie. Ciężko pogodzić się z faktem, iż film o takim budżecie może zawierać tak tanio wykonane efekty komputerowe. Chyba że większość pieniędzy wydano na wygenerowanie Smauga i umalowanie Orlando Blooma; w końcu ciężko grać syna, będąc starszym od aktora, grającego ojca.

Niestety, w końcowym rozrachunku muszę stwierdzić, iż Hobbit: Pustkowie Smauga powiela część błędów z czasów Dwóch Wież. Można by pomyśleć, że tyle lat przerwy między jedną trylogią a drugą zadziała na korzyść. Jak widać nie stało się tak, i po raz kolejny Peter Jackson oddał publiczności film potraktowany jak zło konieczne. Chwilami za krótki, w innych momentach niemal na siłę rozciągany (takie wrażenie odniosłam po dość moim zdaniem bezsensownej walce krasnoludów ze smokiem). Ponadto mamy zakończenie, któremu brakowało jedynie dopisku: ciąg dalszy nastąpi. Z drugiej jednak strony - nie nudny. Dynamiczny, z mnóstwem ciekawie rozwiniętych postaci: bo co by nie mówić o nowej Tolkienowskiej trylogii Jacksona, przedstawienie postaci zdecydowanie wyszło Hobbitowi na korzyść.

Nie ocenię tego filmu w skali dziesięciopunktowej, po pierwsze z racji tego, iż jest to "tylko" wersja podstawowa; poczekajmy jeszcze na rozszerzoną. Po drugie zaś myślę, że lepszym wyjściem będzie ocena całej trylogii o przygodach hobbita. W końcu ten, kto sięgnął po część pierwszą i czeka na trzecią, siłą rzeczy obejrzy również część drugą.
Pozostaje jedynie trzymać kciuki za zakończenie serii i czekać do grudnia.



*Nie jest to żelazna reguła, raczej coś, co zdarza się dość często i boleśnie rzuca w oczy.

2 komentarze:

  1. Przy większości zarzutów i po tym, jak sobie przemyślałam trochę rzeczy, stwierdzam, że masz rację. Jackson ma cholerny problem z czasem. Albo czas u niego za przeproszeniem zap*erdala, albo dramatycznie zwalnia, przez co są nudy. I oczywiście najgorsza rzecz - nie wiemy, ile właściwie czasu upływa. Chyba pan reżyser nie rozumie, że to nie musi być żaden narrator, który powie coś w stylu "Minęło x dni", ale jakaś sugestia, wzmianka, cokolwiek. Tu nie mamy nic. I to nic jest powodem wszelkich kontrowersji, bo można się upierać, że gdzieś minął jeden dzień, a ktoś może powiedzieć coś całkiem odwrotnego. Montaż pozostawię bez komentarza, być może znowu robiony na ostatnią chwilę. A być może wynika to ze zmiany planów - w końcu miały być dwie części, a wyszły trzy, dlatego w którymś momencie jest krach (zdaje się, że gdzieś mi mignęła informacja, że pierwsza część miała się kończyć na Mrocznej Puszczy, stąd może tak krótko o niej?).
    Co do Tauriel - i się zgodzę, i nie. Gdzieś był fajny post, wyjaśniający to całe "pójście za orkami po tym, jak zaatakowały Kiliego" - pomijając takie rzeczy, że na logikę, gdyby chciała pójść za Kilim, to by poszła nie do Esgaroth, a do Ereboru, to jednak to był motyw popychający ją po prostu do działania. Coś w stylu "wahała się, ale to dało jej kopa". I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie właśnie to, co wspominasz, że po prostu działo się za szybko. Na obronę też dodam, że być może tu był spory dylemat, bo jednak nie mogli przedobrzyć z tym wątkiem, w końcu film opowiada o czymś innym.
    Żeby nie było, że jęczę, to mi się i tak film podobał. Widzę wady, coś mogło być zrobione lepiej, ale to nie znaczy, że był zły. Mimo wszystko dam szansę niektórym wątkom do czasu wersji rozszerzonej (bo wypadło naprawdę dużo scenek, które były pokazane m.in. w eventach, a o niektórych mówili aktorzy).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat jeśli chodzi o Tauriel, miałam na żywo przykład reakcji na postać w wykonaniu mojej koleżanki Stwierdziła ona, że postać Tauriel jest bardzo fajna, bo dziewczyna jest badassowa i wyrazista - ale wątek z Kilim poprowadzony jest tak, że to wygląda, jakby elfka była wprowadzona tylko i wyłącznie dla romansu. I coś w tym jest, niestety - jeśli ktoś się nie interesował tą postacią wcześniej, może takie wrażenie mieć; a wszystko przez Jacksonowy problem z czasem :/
      Myślę, że tylko wersja rozszerzona może nas uratować. Nieważne, że Jackson planował dwie części - zrobił trzy, więc powinien był porządnie rozplanować akcję, a nie "na odwal się", byleby było. Filmowi o takiej randze się tego po prostu nie robi.

      Usuń