Tak się ciekawie składa, że dwa obecnie chyba najpopularniejsze brytyjskie seriale, Doctor Who i Sherlock, pisane są przez tego samego scenarzystę. Steven Moffat, bo o nim mowa, to człowiek-kontrowersja: swego czasu wychwalany pod niebiosa za genialne odcinki pisane do Doctor Who w czasach, gdy za serial odpowiedzialny był Russel T. Davies, obecnie zaś coraz głośniej krytykowany za to, co wyprawia z oboma wspomnianymi serialami. Ot, w pewnym momencie z morza zachwytów zaczęły wyłaniać się pojedyncze głosy sprzeciwu wobec jego twórczości - głosy, które dało się słyszeć coraz głośniej i głośniej, i do których co raz dołączały nowe. Można by powiedzieć: nic nowego, każdy twórca tego doświadcza. Można, gdyby nie to, że spora część zarzutów jest ciekawa, zwłaszcza gdy rozważymy je w kontekście mediów ogólnie.
W roku 2012 The Guardian opublikował wywiad ze Stevenem Moffatem na temat Sherlocka przede wszystkim. Padło w nim stwierdzenie dotyczące nie kogo innego jak tytułowego bohatera i pewnego aspektu jego życia:
"There's no indication in the original stories that he was asexual or gay. He actually says he declines the attention of women because he doesn't want the distraction. What does that tell you about him? Straightforward deduction. He wouldn't be living with a man if he thought men were interesting."
Kolejny akapit rozwija ten wątek:
Moffat is not saying that Sherlock, like Austin Powers, misplaced his mojo. "It's the choice of a monk, not the choice of an asexual. If he was asexual, there would be no tension in that, no fun in that – it's someone who abstains who's interesting. There's no guarantee that he'll stay that way in the end – maybe he marries Mrs Hudson. I don't know!"
Te dwa krótkie fragmenty zdołały wywołać w Internecie niemałą burzę. Nie na oburzeniu fandomu Sherlocka wypadałoby się jednak w tym momencie skupić (z tego dałoby się napisać osobny wywód, prawdopodobnie znacznie dłuższy niż obecny). Tym, co poraża w zacytowanej wypowiedzi jest określenie postaci nie wykazującej seksualnego zainteresowania inną postacią jako "nudną".
Nie będzie odkryciem stwierdzenie, iż "nuda" jest zjawiskiem czysto subiektywnym: to, co jest nudne dla mnie, niekoniecznie musi nużyć kogoś innego. Zatem logicznie rzecz biorąc, przedstawiane w filmach czy serialach relacje między postaciami powinny być urozmaicone - przecież nie wszyscy wielbią romanse. Stan faktyczny jednak można oddać cytatem z popularnej w okresie świątecznym reklamy pewnych perfum: "Jesteś piękną dziewczyną o nieziemskich mocach. Poznajesz playboya o nieziemskich mocach:". Poznajesz go i razem odlatujecie. Opcjonalnie: możesz być piękną dziewczyną o nieziemskich mocach, która sprowadza na siebie nieszczęście i wymaga ocalenia (zapewne przez owego playboya o nieziemskich mocach). Romans i szczęśliwe zakończenie. I tak niemal za każdym jednym razem.
Postać - nieważne czy żeńska czy też męska - w większości przypadków jest predestynowana do związku z przedstawicielem płci przeciwnej. W imię zwalczania banalności, oczywiście. Warto jednak zadać sobie pytanie, z czym producenci tak właściwie walczą? W czym mamy tę banalność i nudę? W - o zgrozo! - aseksualizmie? Przecież według definicji (za ciocią Wiki):
Aseksualizm, inaczej aseksualność − trwałe nieodczuwanie pociągu seksualnego wobec innych osób.Aromantyczność: brak pociągu romantycznego
Oto dwa koszmary współczesnych producentów filmowych i serialowych. I w opisie żadnego nie pada sugestia dotycząca domniemanej nudy.
Jeśli zaś o nudę chodzi, po krótkiej konsultacji ze słownikiem możemy dowiedzieć się, że jest to:
«niemiły stan, niemiłe uczucie spowodowane zwykle bezczynnością, brakiem interesującego zajęcia, brakiem wrażeń, monotonią życia; cecha rzeczy wywołującej taki stan
Jesteś piękną dziewczyną o nieziemskich mocach. Na przyjęciu poznajesz playboya o nieziemskich mocach. Na kolejnym przyjęciu - to samo. Co przyjęcie, to playboy, a Ty wciąż piękna i obdarzona mocami. Scenariusz tak oklepany i monotonny, jak wynikałoby z przytoczonej definicji.
W tym miejscu pozwolę sobie wrócić do Stevena Moffata (akurat w jego scenariuszach mogę znaleźć najwięcej potrzebnych przykładów), a konkretnie do Doctor Who, w którego odcinkach napisanych właśnie w Moffat-erze znaleźć można masę zdatnych do przytoczenia sytuacji, kiedy to główny scenarzysta zapewne uważał, iż w sposób mistrzowski uniknął nudy na ekranie.
Jedenasty Doktor był wręcz otoczony przez piękne, silne, niezależne i tajemnicze kobiety, owe "dziewczyny o nieziemskich mocach", dla których niezmiennie pozostaje "playboyem o nieziemskich mocach". Zarówno Amy Pond i Clara Oswald, stale towarzyszki Doktora, jak i towarzyszka tak zwana "z doskoku" (a jednocześnie towarzyszka życia), River Song, oraz kobiety poznawane w niektórych odcinkach (Tasha Lem z The Time of the Doctor) posiadają to szczególne "coś", które przyciąga ku nim Doktora. Sekret, seksapil, flirt, średnio subtelne aluzje o więcej niż jednym dnie oraz silną (na ten szczególny Moffatowy sposób) osobowość. Każda z tych kobiet odczuwa też jakiś pociąg do Doktora, fascynację, którą w żadnym razie nie można nazwać platoniczną. No, chyba że flirtowanie przy ołtarzu w kształcie łóżka uznamy za czysto przyjacielską zabawę. Dodatkowo on sam nie pozostaje zwykle wobec nich obojętny, radośnie podejmując flirt (nawet będąc już żonatym), rzucając komentarze na temat aspektów urody (kilkukrotne nawiązywanie do nóg Amy - znak, że Doktor się jej przyglądał), a także rzucając mało dojrzały żart na temat erekcji (do tego w stronę kobiety, która pozostaje w związku homoseksualnym). Jest kobieciarzem (poza oczywiście chwilami, gdy jest dziecinny), jest pociągający. Ma nieziemskie moce. I ciągnie go tylko i aż do kobiet.
Tego rodzaju podejście autora na dłuższą metę staje się krzywdzące dla tworu, który wychodzi spod jego ręki. Aktualnie każda żeńska postać w Doctor Who ma potencjał do stania się "dziewczyną Doktora", zaś Doktor jest maczo, który przybywa ratować świat i flirtować. Nie może być tak, że towarzyszka nie jest Doktorem w ogóle zainteresowana, żałuje że Doktor nie jest kobietą, lub też traktuje go jak brata. Nie, nasza piękna dziewczyna o nieziemskich mocach musi pragnąć playboya o nieziemskich mocach, i to pragnąć go seksualnie. Inne pragnienie zaistnieć w tym uniwersum póki co nie może. Aczkolwiek za czasów Russela T. Daviesa istniało, ba, miało się całkiem dobrze. Fani mogli wtedy podziwiać romantyczne uczucie (które wyewoluowało z zauroczenia Doktorem) Rose Tyler, jednostronne zakochanie Marthy Jones czy bratersko-siostrzaną, kumpelską relację z Donną Noble; nie wspominając już o Jacku Harknessie, który flirtował z niemal każdym humanoidalnym stworzeniem, a o którego Doktor najwyraźniej bywał zazdrosny. Obecnie owszem, w serialu istnieje oficjalny związek homoseksualny, jednak jak już zostało powiedziane, 1/2 tegoż związku została potraktowana przez Doktora jako obiekt ewentualnego pożądania. Niestety, ciężkie jest życie tak zwanego token character.
Twórczość Stevena Moffata stanowi dla mnie swego rodzaju wypadkową większości współczesnych popularnych produkcji. I żałuję, naprawdę bardzo żałuję, że autorzy najwyraźniej boją się sięgnąć po coś innego. Są oczywiście chlubne wyjątki, jak choćby serial Sleepy Hollow - aczkolwiek zdaniem części fanów to właśnie romans między parą głównych bohaterów jest tym, czego serialowi brakuje. Przyznam jednak, że mam dość dużą tolerancję do romantycznych scenariuszy tworzonych przez fanów w ramach tak zwanych fanworks (fanfiki, fanarty i cała reszta towarzystwa), a na pewno o niebo większą niż do oglądania równie romantycznych relacji na ekranie - szczególnie gdy są ewidentnie zrobione dla uciechy tychże fanów, niepodyktowane żadną logiką (inną niż wyczekiwany pisk widowni), wymuszone, sztuczne czy też... jak wyjęte z kiepskiego fanfika. (Na marginesie: ten ostatni argument nie raz przewijał się wśród czytanych przeze mnie opinii o ostatnich sezonach Doctor Who).
Jestem zdania, że współczesny autor powinien być odważny i konsekwentny, ale przede wszystkim zdecydowany co do tematu, jaki chce poruszyć w swoim dziele i formy, jakiej do tego celu użyje. Jeżeli przedstawiana historia nie kręci się wokół perypetii sercowych głównego bohatera bądź głównej bohaterki, nie wprowadzajmy ich na siłę. Piękna dziewczyna o nieziemskich mocach nie musi koniecznie poznawać playboya. Ba, nie musi nawet posiadać mocy ani być nadzwyczaj piękna. A jeżeli już poznaje playboya, to niekoniecznie po to, by się w nim zakochać. Może również poznać inną piękną kobietę o nieziemskich mocach (lub też bez nich) albo chudawego okularnika o wielkim sercu. Albo i faktycznie poznać playboya - i przejść koło niego obojętnie. Przecież nie każde spotkanie dwóch postaci musi koniecznie zakończyć się romansem.
Oczywiście mawia się, że nie warto utrudniać sobie życia, a najprostsze scenariusze są tymi najlepszymi. Jednak w dzisiejszych czasach, kiedy konkurencja jest naprawdę duża, należałoby sięgać po pomysły niebanalne, takie które nie sprowadzają się do zdania "ona poznaje jego i zakochują się w sobie". Nie skupiajmy się na seksualności postaci, gdy nie jest to konieczne. Nie roztrząsajmy jej, gdy akcja może się bez tego obyć. Nie bawmy się we własnych fanów, bo inaczej co zostanie dla właściwych fanów? Ciężko przecież tworzyć teorie spiskowe na temat relacji między postaciami, gdy wszystko ma się podane jasno i wyraźnie, w dodatku na srebrnej tacy. I najważniejsze: nie bójmy się. Przecież postać, której seksualność nie została nazwana po imieniu, nie musi być żadną obrazą - szczególnie że żaden człowiek nie chodzi po ulicy z orientacją seksualną wypisaną na czole, a kontakt między dwoma osobami nie jest równoznaczny z chęcią zaciągnięcia drugiej strony do łóżka. Pozwólmy zatem postaciom męskim fascynować się tajemniczością i inteligencją kobiet a postaciom kobiecym ignorować nachalnych playboyów. Nie dzielmy bohaterów według uproszczonych schematów i na litość nie zakładajmy, że ten, kto wprost nie powie, że nie jest jakiś, to na pewno jest inny. Jeśli dzieło nie skupia się na seksualności postaci, ale według nas warto o niej wspomnieć, zawsze można ją w jakiś sposób zaakcentować. Istnieje przecież pewna metoda, chętnie wykorzystywana przez autorów w niebanalnych scenariuszach: subtelność.
Właśnie ostatnie słowo to słowo klucz. Bo u Daviesa były sugestie, że Doktor i Rose sypiają ze sobą. Lecz były one tak subtelnie wplecione, że tylko uważny widz mógł to wychwycić (szczerze, ja wychwyciłam po analizie gifów/screenów, bo często to były takie drobiazgi, że łatwo przeoczyć). I właśnie też chodzi o to, żeby to było tak subtelne, żeby interpretacja była dowolna. Co do Sherlocka jeszcze jest inna kontrowersja, a mianowicie to, że niby Moffat widział od małego Irene Adler jako kobietę, w której Sherlock się zakochał, bo niby nie widział innego wyjaśnienia, dlaczego go zafascynowała... Cóż. Uważam też, że schematy są dobre, ale pod pewnymi warunkami - moim zdaniem ciekawa postać powinna łączyć cechy niestereotypowe z stereotypowymi. Np. Czarna Wdowa z Marvela - piękna babka, a wcale nie nosi skąpych ciuszków i potrafi skopać dupy. I nie ma też dokładnie powiedziane czegoś na temat jej romansów (to już bardziej fani sobie dopowiadają). I fakt, nie zawsze też seksualność bohatera jest istotna dla fabuły. Tak było z Dumbledorem - genialnie to Rowling rozwiązała. Bo był gejem, ale to nie miało właściwie żadnego znaczenia w książce. I o to chodzi.
OdpowiedzUsuńNo właśnie wiem, w wywiadzie, jeśli dobrze pamiętam, Moffat mówi o tym, jak widział relację Adler i Holmesa (albo raczej Holmesa i Adler). Schematy jako takie nie są złe, ale trzeba pamiętać, że schemat schematowi nierówny, a sama romans niczego nie wniesie. Weź chociaż relację Doktora i River z serii 5-7: przecież to jak ta reklama, masz piękną kobietę o nieziemskich mocach, która poznaje faceta o nieziemskich mocach. Sęk w tym, że nic z tego nie wynika, dynamika między tymi postaciami jest zakłócona i właściwie... no właśnie, właściwie to co?
UsuńPrzykład z Dumbledorem jest genialny. Faktem jest, że to niezły szczegół, dobry materiał i dla fanów i dla ewentualnego prequela (acz nie widzę Rowling piszącej go), ale dla fabuły HP jest kompletnie nieistotny.
Dla fanów gdybających na temat romansów, jak mówiłam, mam tolerancją. Taka rola fanów, co nie? Ale serio, widać kiedy autor "bawi się" w fanów. I to boli = ="
Właśnie z relacji Doktora i River nie wynika nic, zwłaszcza, jak patrzymy na to, co dzieje się teraz. Niby River jest żoną Doktora, zgoda. Ale dlaczego jednocześnie przewijają się informacje, że River się nie pojawi w 8 serii? Trochę konsekwencji.
UsuńDumbledore i jego orientacja seksualna to w zasadzie ciekawostka, która nie ma większego znaczenia. I o to chodzi, bo znając Moffata, to on by zrobił z tym "co trzeba"... _^_
Ano właśnie. Wczoraj nasza wspólna znajoma na fb napisała, że ten zabieg fanserwisowy, jaki mamy w Sherlocku, to jest tzw. queer baiting. Sprawdziłam, co to i nie podoba mi się to, bo pasuje do Sherlocka - czyli sugerowanie przez twórców, że dana postać jest orientacji homoseksualnej, tylko po to, aby przyciągnąć do siebie mniejszość seksualną jako potencjalny target. Bo niestety, te sugestie na temat Johnlocka są robione w dużej mierze pod publiczkę. To samo jest z SPN.
Bo niby jej wątek jest już zakończony - zwłaszcza że ona w sumie od serii z 10 nie żyje. A skoro "jej" Doktorem był 11, to raczej 12 nie uznałby jej za żonę (chociaż chciałabym zobaczyć konfrontację, hehe).
UsuńMoffat to zrobiłby z niego hetero i ożenił z McGonagall ;)
Ano tak, rozmawiałam kiedyś z koleżanką o tym zabiegu. On jest też w Sherlocku Guya Ritchie. Acz jak dla mnie to jednak różnica klas, bo RDJ i Jude Law zagrali relację Holmesa i Watsona na zasadzie "stare dobre małżeństwo", a u Moffata w serii drugiej było ewidentne "no homo - not rly". Może faktycznie w drugim filmie bardziej polecieli pod publiczkę, ale pierwszemu tego nie zarzucę.
No co do River to tak, ale też bym chciała zobaczyć konfrontację.
Usuń...Czemu mam wrażenie, że nie chciałabym spotkać Moffata w prawdziwym życiu? I że jest on osobą, która próbuje każdego nawrócić na jedyną właściwą drogę? Ciekawe, co by zrobił, jakby któreś z jego dzieci się okazało niehetero.
W Sherlocku Guya Ritchie? Eee, nie. Jak dla mnie jest różnica klas, bo RDJ i Jude Law stanowią prawdziwe brotp, jest między nimi chemia, nie ma nic wymuszonego. No i pomijając już sam fakt, że Sir Arthur Conan Doyle tak to opisał, że jakby Sherlock był zazdrosny o Mary, więc trzeba się czepiać kanonu. Natomiast u Moffata to jest takie sztuczne, że aż głowa boli.