czwartek, 26 grudnia 2013

Czas refleksji, czas Doktora

Doctor Who to bez wątpienia fenomen. Ów serial, który w tym roku obchodził swoje pięćdziesięciolecie, na stałe wpisał się w brytyjską kulturę. Setki odcinków, książki, słuchowiska, gry, charakterystyczne symbole (z niebieską budką telefoniczną na czele) to jedynie część tego, co stanowi o niezwykłości opowieści o Doktorze, Władcy Czasu pochodzącym z planety Gallifrey. Inną ważną - by nie rzec: najważniejszą - częścią świata Doctor Who jest następująca co jakiś czas śmierć głównego bohatera... czy w przypadku Władcy Czasu, jakim jest Doktor, jego regeneracja. Doktor odradza się w nowym ciele, z nową twarzą i osobowością, rolę przejmuje nowy aktor, karuzela kręci się dalej. I to właśnie regenerację mieliśmy okazję oglądać w środę, 25 grudnia, w ramach tradycyjnego już specjalnego odcinak świątecznego, równie tradycyjnie napisanego przez aktualnego głównego scenarzystę serialu, Stevena Moffata. Ale zanim do regeneracji doszło, musieliśmy przebrnąć przez pond 50 minut akcji najróżniejszej - a działo się w trakcie, oj, działo...

Oficjalny plakat odcinka świątecznego [x]
The Time of the Doctor, bo tak brzmi tytuł odcinka, o którym mowa, z powodzeniem mógłby startować w konkursie na przerost formy nad treścią - i zająć w nim całkiem wysokie miejsce. Mógłby, gdyby nie fakt, iż udało mu się naprawdę elegancko wybronić. Nawet moja skromna osoba, czyli fan serii nie darzący sympatią sposobu pisania aktualnego scenarzysty, była pod dużym wrażeniem, chociaż do odcinka nastawiałam się bardzo sceptycznie (wina leży po pierwsze w pewnej manii pana Moffata, do której jeszcze wrócę, a także w moim rozczarowaniu odcinkiem jubileuszowym z okazji pięćdziesięciolecia serii). W ciągu godziny przez ekrany przewinęło się praktycznie wszystko, co fani znali z trzech serii z Jedenastym Doktorem granym przez Matta Smitha. Były więc: Płaczące Anioły, Silence, Dalekowie w ludzkich ciałach, poprawieni Cybermani, przywrócona planeta Gallifrey, pęknięcie w czasoprzestrzeni znane z sypialni małej Amelii Pond, sama Amelia (i jej starsza wersja ze swoim słynnym "Raggedy man", którym często zwracała się do Doktora), wspomnienie River Song, żony Doktora, kultowe paluszki rybne, motyw postarzania Doktora o całe stulecia, powtarzające się pytanie o jego imię, kilka niezbyt grzecznych żartów i aluzji, oraz miejsce przeznaczenia Doktora: Trenzelore. Do tego kilka grzecznych i świątecznych elementów: dzieci (które zostały już określone "typowym motywem Moffata"), zabawki i miasteczko Boże Narodzenie, którego obrony podjął się Doktor. W końcu mamy święta, więc należałoby zaznaczyć to w odcinku. Wszystko i jeszcze więcej, co chcemy i czego nie chcemy. Odcinek idealny do drinking game na zasadach: pij za każdym razem, gdy pojawi się nawiązanie do ery Jedenastego Doktora. Niestety, napój kończy się szybciej niż odcinek.


Teoretycznie takie przeładowanie zapowiada katastrofę. Teoretycznie, bo z jakiegoś powodu twórcom udało się tejże katastrofy uniknąć. Więcej: udało im się wyjaśnić niemal wszystkie tajemnice, odpowiedzieć na wszystkie pytanie, które nurtowały fanów od sezonu piątego, a także ładnie spiąć pierwsze i ostatnie pojawienie się Jedenastego Doktora. I chociaż momentami akcja pędzi zbyt szybko, niektóre sceny są przekombinowane a Steven Moffat dostarcza fanom nowych zagwozdek, wszystko wydaje się do siebie pasować.
Zaczyna się spokojnie: święta w domu rodzinnym towarzyszki Doktora, Clary Oswald (graną przez Jennę Coleman). Potem następuje przybycie Doktora w TARDIS, wejście Clary na pokład - i zabawa się zaczyna. Od tego momentu akcja mocno przyspiesza (przyznaję, że po 30 minutach czułam się, jakbym obejrzała co najmniej 60 - zbyt wiele rzeczy działo się jednocześnie). Za to druga połowa stopniowo się uspokaja, by ostatecznie zaowocować pięknym punktem kulminacyjnym: regeneracją, która jest jednocześnie cudownym nawiązaniem do klasycznego Doctor Who (Doktor umiera ze starości), jednocześnie pozostając bardzo w stylu Jedenastego.

Dla wielu fanów scena ta stanie się
zapewne kultową... [x]
Oglądając ten odcinek odnosiłam wrażenie, że mnogość motywów i chęć zmieszczenia maksymalnej ilości odniesień i akcji w ledwie 60 minutach nie wynika z typowej dla Stevena Moffata maniery, o której zostało już wspomniane (niestety, bardzo często jego odcinki są nie tyle wypełnione po brzegi, co zwyczajnie przepełnione wątkami, akcją, efektami specjalnymi i tak dalej), lecz, jak sądzę, z nagłej rezygnacji Matta Smitha z roli Doktora. Chyba jeszcze przed emisją drugiej połowy sezonu 7 zostało oficjalnie potwierdzone, że Matt podpisał kontrakt na serię 8. Jakiś czas po tej informacji jak grom z jasnego nieba spadła na fanów wieść o ostatecznej rezygnacji Matta z tej roli. Jego ostatnim odcinkiem miał być właśnie ten odcinek świąteczny. Stąd moje przypuszczenie, iż Steven Moffat specjalnie upchnął wszystko z ery Jedenastego w jedynie 60 minut - po prostu chciał zakończyć pewną erę, odpowiedzieć na pytania, zakończyć wątki, a do tego nawiązać do klasyka (dwunasta regeneracja to w końcu jak tarcza zegara z dwunastoma godzinami). Przypuszczam, że gdyby Matt nie zrezygnował, wszelkie wyjaśnienia zostałyby rozłożone na serię 8, a odcinek świąteczny przypominałby wcześniejsze jak The Doctor, the Widow and the Wardrobe (mój ulubiony odcinek świąteczny) czy The Snowmen.

...acz wielu z nich mogła nasunąć taką oto myśl [x]
Jeśli miałabym wymienić coś, co w The Time of the Doctor mi się nie podobało, będą to wspomniane niezbyt grzeczne żarty: łapanie towarzyszki za tyłek, scena, w której oboje, Doktor i Clara, są nago (acz osłonięci szczelnie hologramami - co nie zmienia faktu, iż Clara czuje się niezręcznie) czy flirt z Tashą przy ołtarzu w kształcie łóżka. Nie pasowało mi to kompletnie, zwłaszcza że kilka-kilkanaście minut później ukazała się piękna zimowa sceneria i miasteczko Boże Narodzenie, w którym nikt nie może skłamać. Potem widzimy bawiące się niewinne dzieci, oraz Doktora robiącego dla nich zabawki. Taki kontrast wydaje mi się zupełnie nie na miejscu - bo ostatecznie do kogo skierowany jest ten serial? Do młodszych czy starszych widzów? Tego rodzaju miszmasz na mój gust kompletnie się nie sprawdza; jest to zwyczajnie nie na miejscu.
Nie pasowała mi również obecność dorosłej Amelii Pond - acz to wynika tylko i wyłącznie z mojej niechęci do tej postaci i zwyczajnego zmęczenia jej ciągłą obecnością w życiu Doktora. Poza tym to nie "Amy" była tą, którą jako pierwszą ujrzał Jedenasty, a Amelia, mała dziewczynka, w której ogrodzie wylądował świeżo zregenerowany Jedenasty Doktor. Mimo to rozumiem wagę sceny, w której jej widmo żegna Doktora: zobaczył ją jako pierwszą i jako ostatnią. W tym momencie jednak aktualna towarzyszka została potraktowana jak uboga krewna - najwyraźniej dla tego wcielenia Doktora nie liczył się absolutnie nikt poza Amy. Jednak fakt, iż to Clara była tą, którą jako pierwszą ujrzał Dwunasty daje nadzieje na przyszłość.
Scena z Amy dodatkowo nieźle mnie rozbawiła. Chodzi o wygląd postaci: charakteryzatorzy, niestety, nie postarali się, i Amy Pond wyglądała raczej jak grająca ją Karen Gilian. Zabrakło tego magicznego "czegoś" co odróżniało tę postać od aktorki. Nie wspominając, iż Karen dostała wyjątkowo niekorzystną perukę (płaska, ciężka i za długa, nienaturalnie wydłużyła jej szyję i upodobniła do manekina). Lecz mimo tej jednej wpadki sądzę, że charakteryzatorom należą się duże brawa: w końcu z Matta zrobili bardzo eleganckiego staruszka.

Postarzony Jedenasty bardzo
przypomina Pierwszego Doktora (gif poniżej)
[x]
Przyznać muszę, że The Time of the Doctor zdecydowanie się panu Moffatowi udał. Mimo kontrowersji, mimo tak drastycznej zmiany w obsadzie (mam tu na myśli ostateczne pożegnanie Matta), mimo kilku dziwnych rozwiązań - oraz mimo tych zaskakująco prostych (acz kto powiedział, że prostota nie jest rzeczą dobrą?). Całość być może nie jest zbyt spójna, scenariusz sam w sobie mistrzostwem świata także nie jest, ale uważam, że ten odcinek miał swój urok. Jest nastrojowy (szczególnie pod koniec), szybki, szalony (jak Jedenasty Doktor), a przy tym posiada ten niepowtarzalny świąteczny klimat. Bo co jak co, ale takie bajkowe, wręcz dziecięco naiwne opowieści Stevenowi Moffatowi wychodzą naprawdę dobrze - a jest to bez wątpienia talent, bo nie każdy umie napisać dobrą bajkę. Gorzej, jak ktoś zaczyna mieszać bajki z innymi motywami... ale to już materiał na inną historię.

The Time of the Doctor oceniam wysoko. Nie jest to co prawda najlepszy odcinek Doctor Who, jaki dane mi było obejrzeć, ale zdecydowanie plasuje się w czołówce odcinków ulubionych. Nie polecam go jednak tym, którzy dopiero chcieliby wejść w świat Doktora, ani też osobom, które poszukują zwykłego filmu o temacie świątecznym (za taki uważam The Doctor, the Widow and the Wardrobe). To zdecydowanie odcinek dla fanów.

Pozostaje jedynie w bólu i z cierpliwością czekać na jesień 2014 roku. Wtedy to swoje przygody rozpocznie grany przez Petera Capaldi Dwunasty Doktor, który w tym odcinku miał zaledwie kilka ostatnich sekund. Szkoda, bo nie da się przez to nawet spekulować na temat jego charakteru. Acz z drugiej strony taki zabieg bez wątpienia pobudza ciekawość.

3 komentarze:

  1. Chyba z tych motywów zabrakło tylko nawiązań do Rory'ego. Tak właśnie mi się przypomniało też w związku z tym artykułem, który mi podrzuciłaś - Clara dostała największego fucka ever. Momentami ona mi strasznie Rose przypomina, ale raczej z nią jest podobny motyw, co z Marthą - zastąpiła "ukochaną" przez wielu towarzyszkę, więc niektórzy nie są w stanie zaakceptować Clary. I właśnie szkoda, że tak niewiele wiemy o 12 (jest podobna sytuacja, jak w przypadku 10), ale jestem ciekawa ich relacji. Także dlatego, że Jenna (niestety?) wspomniała, że jej zdaniem Clara jest zakochana w Doktorze. Nie mam nic przeciwko wątkom miłosnym, ale co za dużo, to niezdrowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O wiele za dużo, bo w tej chwili w DW nie ma miejsca na inne relacje. Nawet odkładając na bok dyskryminację, seksizmy i inne tym podobne - ciągłe miłostki są po prostu NUDNE.

      Clara non stop dostawała przy Jedenastym po uszach. Przypomnij sobie zeszłoroczny special świąteczny: tam też padło hasło "pond" i Doktor na raz-dwa się zerwał i ruszył do akcji. To nie Clara go przekonała, to "pond".
      Ona jest prawie cały czas niedoceniana przez Doktora. Jest sobie bo jest, bo można do kogoś pogadać - ale co właściwie robi? Nic, poza wspieraniem duchowym. Jej grzechem jest to, że nie jest Amy, a najgorsze, że to nie fani ją hejtują, tylko najwyraźniej sami twórcy :/

      Usuń
    2. Właśnie o to chodzi, bo Martha w ostatecznym rozrachunku się wybroniła, nawet będąc zakochaną w Doktorze - zrezygnowała, widząc, że to nie ma sensu. I niestety, coś w tym jest, co mówisz - chyba Clary nie lubią sami twórcy, wrzucili ją, bo już chyba Amy było za wiele, ale i tak... I właśnie, już to się zaczyna powoli robić nudne. Jedna, jedyna Donna nie zakochała się w Doktorze w nowych seriach. M.in. dlatego też pozostanie moją ukochaną towarzyszką. Liczę na to, że 12 zmieni coś w tej kwestii.
      I tak, ja naprawdę współczuję Clarze, jako postaci tak po ludzku. Ona chce dobrze, ona jest nawet mądrzejsza niż Rose, a reaguje emocjonalnie na niektóre rzeczy, a jednak Doktor pokazuje, że ciągle ma ją gdzieś. Irytowało mnie w 7 serii to, że on ją traktował jako zagadkę do rozwiązania, a nie jako człowieka, przez co miałam wrażenie, że to kurczę nie jest Doktor. Że Matt się stara jak może, a Moffat z takimi scenariuszami wyskakuje. Liczę na zmiany, i to porządne.

      Usuń