Saint Seiya, seria, której poświęcony został poprzedni tekst, jest specyficzna: nie jestem w stanie nazwać innej, która posiadałaby tak bardzo dyskusyjny kanon. Manga, anime odbiegające od niej w różnych względach, filmy tworzone poza mangą, film będący alternatywnym zakończeniem jednej z serii (wykluczony z ogólnie pojętego kanonu przez samego Masamiego Kurumadę) oraz spin-off. Do wyboru, do koloru; twórcy nie poprzestali jednym anime.
Pozwolę sobie przedstawić trzy powstałe po latach serie, w różny sposób kontynuujące klasyka z lat osiemdziesiątych.
Powstałe w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku anime Saint Seiya, stworzone na podstawie mangi o tym samym tytule, nie obejmowało całego oryginalnego scenariusza. Niezekranizowana pozostawała ostatnia część, opisujące walkę Ateny (oraz jej rycerzy) z bogiem Hadesem. Wreszcie po ponad dziesięciu latach od zakończenia emisji klasycznego Saint Seiya, Toei Animation podjęło się stworzenia anime na podstawie pozostałych rozdziałów. Całość została wydana w formie OVA, a łączną liczbę 31 odcinków podzielono na trzy sezony:
Pozwolę sobie przedstawić trzy powstałe po latach serie, w różny sposób kontynuujące klasyka z lat osiemdziesiątych.
Saint Seiya: Hades
Studio: Toei Animation
Rok: 2002 - 2008
Odcinków: 31
- Hades - Chapter Sanctuary (13 odcinków, ukazywały się od listopada 2002 roku do kwietnia 2003 roku.);
- Hades - Chapter Inferno (12 odcinków, 6 pojawiło się w okresie grudzień 2005 - styczeń 2006, kolejne 6 - w lipcu tego samego roku);
- Hades - Chapter Elysion (6 odcinków, ukazały się po dwa w marcu, maju oraz sierpniu 2008 roku).
Pierwsza seria Hadesa rozpoczyna się obiecująco: stary mistrz Dohko, dawny rycerz Wagi, ma sen, w którym Atena zostaje zabita przez władcę piekieł, Hadesa. Sen jest proroczy (niestety), wzmaga jednak czujność starca; jest bowiem znakiem, że kolejna Święta Wojna czai się dosłownie za rogiem. Tymczasem do Sanktuarium w Grecji przybywają wysłannicy Hadesa, pierwsi ze 108 Widm. Przybywają z misją zaiste niespodziewaną - ich celem jest bowiem zabicie Ateny. Jednak ku zdumieniu strzegących Sanktuarium złotych rycerzy, wśród Widm znalazło się kilku starych znajomych.
Rozpoczynają się walki i kolejny wyścig na czas przez Domy Zodiaku. Wrogowie chcą głowy Ateny, zaś Rycerz Pegaza, Seiya, i reszta jego drużyny (którzy stopniowo dołączają do bitwy w Sanktuarium), za wszelką cenę starają się ich powstrzymać. Po kilku tragicznych w skutkach wydarzeniach drużyna rycerzy z brązu zmuszona jest podążyć do zamku Hadesa. Oczywiście za Ateną... która wyjątkowo nie pozwoliła się porwać. Tym razem sama ruszyła na wojnę.
Przyznać muszę, iż cała seria Hades jest dla mnie wyjątkowo problematyczna. Ciężko mi wydać o niej w pełni jednoznaczny, werdykt, gdyż przepaść między wadami a zaletami serii wydaje się być ogromna. Owszem, otrzymujemy historię w stu procentach kanoniczną - mamy zatem pewność, iż charaktery postaci oddane będą jak należy. Z całą resztą bywa, niestety, różnie.
Chapter Sanctuary wypada stosunkowo dobrze. Pierwszy raz od pamiętnych walk ze starego Saint Seiya mamy okazję ujrzeć w akcji złotych rycerzy - to pierwsza wielka zaleta. Drugą jest strona graficzna tej części: przyjemna w oglądaniu oprawa, z ładnie animowanymi atakami i poprawnie narysowaną scenerią (postacie nie wyglądają już jak wklejone w tło). Do tego smaczek w postaci wstawki animacji komputerowej: posągu Ateny przedstawionego z kilku stron. W samym scenariuszu da się jednak dostrzec niejedną wadę. Najbardziej razi brak współpracy między postaciami, brak wspólnego planu i zerowe porozumienie. Warto wiedzieć, iż akcja Hadesa rozgrywa się dwa lata po incydencie z Posejdonem. Bohaterowie mieli zatem dużo czasu, by przygotować się do nadchodzącej wojny. Przygotowania - o ile jakieś były - okazały się wybiórcze, i w efekcie część rycerzy posiada informacje sprzeczne, część względnie pełne, a część nie wie nic. Wszyscy zaś miotają się jak w gorączce, bo sytuacja ich przerasta. Dodatkowo do wad zaliczyć należy fakt, iż część wydarzeń, do których odwołują się postacie, miała miejsce niejako "za kulisami". Ponad to, jak zostało wspomniane, od ostatnich walk minęły całe dwa lata - czemu zatem rycerze z brązu walczą w zniszczonych zbrojach?
Chapter Inferno to piekło. Dosłownie, gdyż te nieszczęsne 12 odcinków ciągnęło mi się niemiłosiernie. O ile pierwsza seria OVA była spójna i dość dynamiczna, tak ta zgubiła gdzieś obie z tych cech. Rycerze z brązu, którzy trafili do tytułowego piekła, starają się dotrzeć do siedziby Hadesa. Podzieleni są na zespoły. Pierwszemu (w składzie: Seiya, Shun) idzie całkiem sprawnie (co więcej - otrzymujemy od nich pierwszy od bardzo dawna wątek komiczny), tak druga grupa (Hyoga, Shiryu) biegnie przez całe piekło przez chyba 11 z 12 odcinków. Ponad to walki zostały pozbawiony dynamizmu do tego stopnia, że po obejrzeniu Inferno animacja z lat osiemdziesiątych wydała mi się zachwycająca. Jeśli zaś chodzi o animację jako taką, nie sposób nie odnieść wrażenia, że twórcy dostali na realizację tego projektu wyjątkowo skąpy budżet. Wielokrotnie powtarzane są te same ujęcia, sposób, w jaki postacie poruszają się, momentami pozostawia wiele do życzenia, a część wrogów (łącznie z postacią kobiecą!) swoimi proporcjami przypomina typowego seme z mangi yaoi (szerokie barki, małą głowa). Co gorsza największy plot twist serii potraktowany został po macoszemu. Inferno jest przegadane i na siłę rozciągnięte. Przedstawia jednak sporo istotnych szczegółów dotyczących kilku postaci oraz ogólnie pojętego świata Saint Seiya. Pozwala także wykazać się złotym rycerzom.
Serię OVA zamyka Chapter Elysium. Jego największą zaletę stanowi długość: po rozciągniętym jak guma Inferno jedynie 6 odcinków kończących całość brzmi zachęcająco. Część z owej szóstki jest co prawda niepotrzebnie przegadana, jak to w Saint Seiya bywa tradycyjnie. Na dość wysokim poziomie stoją jednak grafika i animacja.Walki nie powalają, a do pokonania ostatniego przeciwnika niezbędne okazało się wykorzystanie deus ex machina. Wrogowie zaś - konsekwentnie, od samego początku serii Hades - powalają swoją głupotą. Zakończenie jest pompatyczne, ale bardzo ładne i zaskakująco pasujące. Nie jest to typowy wyciskający łzy z oczu finał, ale niewątpliwie ma potencjał, by wzruszyć widza.
Ocena: 5/10.
Niestety, piekielne Piekło zrobiło swoje.
Rok: 2009 - 2011
Odcinków: 26
The Lost Canvas to seria OVA powstała na podstawie mangi autorstwa Shiori Teshirogi. Manga Saint Seiya: the Lost Canvas - the Myth of Hades jest spin-offem do oryginalnej serii Masamiego Kurumady przedstawiającą alternatywną historię poprzedniej Świętej Wojny. Początkowo miała ukazywać się równocześnie z nową mangą Kurumady, Saint Seiya: Next Dimension, dzięki czemu historia wcześniejszej wojny z Hadesem zostałaby ukazana z wielu perspektyw. Pomysł został jednak porzucony, gdyż obie mangi zbytnio różnią się od siebie.
Akcja The Lost Canvas rozgrywa się ponad 200 lat przed wydarzeniami znanymi ze starego Saint Seiya. Poznajemy Tenmę, nastolatka, który całe dotychczasowe życie spędził we włoskim sierocińcu. Chłopak ma dwójkę najlepszych przyjaciół: Sashę (która została adoptowana jeszcze przed rozpoczęciem akcji pokazanej w serii), oraz uzdolnionego artystycznie Alone'a.
Pewnego dnia Tenma przypadkowo odkrywa u siebie zdolność do rozbudzenia energii kosmicznej. Traf chciał, że świadkiem tego wydarzenia jest Dohko, Złoty Rycerz Wagi (znany z klasycznego Saint Seiya jako stary mistrz, nauczyciel Shiryu), któy akurat przebywa w tamtej okolicy z misją. Ten sam traf najwyraźniej chciał, by Tenma dostał się pod skrzydła Dohko i przeniósł do greckiego Sanktuarium, by rozpocząć trening na rycerza. Wkrótce ponownie spotyka Sashę - a dwa lata później i Alone'a, który pozostał w sierocińcu. Jedno ze spotkań okazuje się wspaniałe, drugie - wręcz przeciwnie. Zbliża się bowiem kolejna Święta Wojna, czas starcia bogini Ateny z władcą świata zmarłych, Hadesem. Dwójka bogów musi najpierw przebudzić się w swoich ziemskich ciałach.
Ze wszystkich "dodatków" do właściwego Saint Seiya z lat osiemdziesiątych właśnie The Lost Canvas urzekło mnie najbardziej. Zawiera wszystko, czego oczekiwałabym po dobrym anime z gatunku fantastyczno-przygodowego: dynamiczny, logiczny i pozbawiony dziur scenariusz, masę ciekawych bohaterów posiadających własne historie i motywy działań, świetnie przedstawione walki, w których deus ex machina zastąpione zostaje wiarygodnym wyjaśnieniem, wspaniałą animację, piękną kreską oraz doskonale dobraną muzykę.
W wielu kwestiach The Lost Canvas bije klasyczne Saint Seiya na głowę. Autorka znakomicie dopracowała to, co Kurumada zdecydował się przedstawić pobieżnie w swojej serii. Zyskują przede wszystkim postacie; Atena z XVIII wieku przewyższa Saori Kido chyba we wszystkim: jest samodzielna, aktywnie wspiera swoich rycerzy w walce, i doskonale wie, co jako bogini powinna zrobić. Złoci rycerze zaś zachowują się tak, jak należałoby oczekiwać po elicie wojsk Ateny: są przywódcami, liderami i opiekunami, znają swoje zadania i nie poświęcają się bezmyślnie w imię pustych idei. Ich śmierć - jeśli następuje - nigdy nie idzie na marne.
Saint Seiya: the Lost Canvas to moim zdaniem bardzo poprawnie zrealizowane anime. Wciągające, chwilami mroczne, niepozbawione zabawniejszych momentów i wyprane ze znanych ze starego Saint Seiya przydługich mów motywacyjnych. Jego największą wadą jest długość: dwie serie OVA po 13 odcinków każda nie pokrywają całości dostępnego materiału. Seria jest urwana. By poznać zakończenie historii o "Zaginionym płótnie", należy sięgnąć po mangę.
Ocena: 9/10.
Rozpoczynają się walki i kolejny wyścig na czas przez Domy Zodiaku. Wrogowie chcą głowy Ateny, zaś Rycerz Pegaza, Seiya, i reszta jego drużyny (którzy stopniowo dołączają do bitwy w Sanktuarium), za wszelką cenę starają się ich powstrzymać. Po kilku tragicznych w skutkach wydarzeniach drużyna rycerzy z brązu zmuszona jest podążyć do zamku Hadesa. Oczywiście za Ateną... która wyjątkowo nie pozwoliła się porwać. Tym razem sama ruszyła na wojnę.
| Nie udało mi się niestety znaleźć jednej dobrej i ogólnej grafiki do serii Hades [x] |
Przyznać muszę, iż cała seria Hades jest dla mnie wyjątkowo problematyczna. Ciężko mi wydać o niej w pełni jednoznaczny, werdykt, gdyż przepaść między wadami a zaletami serii wydaje się być ogromna. Owszem, otrzymujemy historię w stu procentach kanoniczną - mamy zatem pewność, iż charaktery postaci oddane będą jak należy. Z całą resztą bywa, niestety, różnie.
Chapter Sanctuary wypada stosunkowo dobrze. Pierwszy raz od pamiętnych walk ze starego Saint Seiya mamy okazję ujrzeć w akcji złotych rycerzy - to pierwsza wielka zaleta. Drugą jest strona graficzna tej części: przyjemna w oglądaniu oprawa, z ładnie animowanymi atakami i poprawnie narysowaną scenerią (postacie nie wyglądają już jak wklejone w tło). Do tego smaczek w postaci wstawki animacji komputerowej: posągu Ateny przedstawionego z kilku stron. W samym scenariuszu da się jednak dostrzec niejedną wadę. Najbardziej razi brak współpracy między postaciami, brak wspólnego planu i zerowe porozumienie. Warto wiedzieć, iż akcja Hadesa rozgrywa się dwa lata po incydencie z Posejdonem. Bohaterowie mieli zatem dużo czasu, by przygotować się do nadchodzącej wojny. Przygotowania - o ile jakieś były - okazały się wybiórcze, i w efekcie część rycerzy posiada informacje sprzeczne, część względnie pełne, a część nie wie nic. Wszyscy zaś miotają się jak w gorączce, bo sytuacja ich przerasta. Dodatkowo do wad zaliczyć należy fakt, iż część wydarzeń, do których odwołują się postacie, miała miejsce niejako "za kulisami". Ponad to, jak zostało wspomniane, od ostatnich walk minęły całe dwa lata - czemu zatem rycerze z brązu walczą w zniszczonych zbrojach?
Chapter Inferno to piekło. Dosłownie, gdyż te nieszczęsne 12 odcinków ciągnęło mi się niemiłosiernie. O ile pierwsza seria OVA była spójna i dość dynamiczna, tak ta zgubiła gdzieś obie z tych cech. Rycerze z brązu, którzy trafili do tytułowego piekła, starają się dotrzeć do siedziby Hadesa. Podzieleni są na zespoły. Pierwszemu (w składzie: Seiya, Shun) idzie całkiem sprawnie (co więcej - otrzymujemy od nich pierwszy od bardzo dawna wątek komiczny), tak druga grupa (Hyoga, Shiryu) biegnie przez całe piekło przez chyba 11 z 12 odcinków. Ponad to walki zostały pozbawiony dynamizmu do tego stopnia, że po obejrzeniu Inferno animacja z lat osiemdziesiątych wydała mi się zachwycająca. Jeśli zaś chodzi o animację jako taką, nie sposób nie odnieść wrażenia, że twórcy dostali na realizację tego projektu wyjątkowo skąpy budżet. Wielokrotnie powtarzane są te same ujęcia, sposób, w jaki postacie poruszają się, momentami pozostawia wiele do życzenia, a część wrogów (łącznie z postacią kobiecą!) swoimi proporcjami przypomina typowego seme z mangi yaoi (szerokie barki, małą głowa). Co gorsza największy plot twist serii potraktowany został po macoszemu. Inferno jest przegadane i na siłę rozciągnięte. Przedstawia jednak sporo istotnych szczegółów dotyczących kilku postaci oraz ogólnie pojętego świata Saint Seiya. Pozwala także wykazać się złotym rycerzom.
![]() |
| Animacja Inferno momentami poraża. I przeraża. [x] |
Serię OVA zamyka Chapter Elysium. Jego największą zaletę stanowi długość: po rozciągniętym jak guma Inferno jedynie 6 odcinków kończących całość brzmi zachęcająco. Część z owej szóstki jest co prawda niepotrzebnie przegadana, jak to w Saint Seiya bywa tradycyjnie. Na dość wysokim poziomie stoją jednak grafika i animacja.Walki nie powalają, a do pokonania ostatniego przeciwnika niezbędne okazało się wykorzystanie deus ex machina. Wrogowie zaś - konsekwentnie, od samego początku serii Hades - powalają swoją głupotą. Zakończenie jest pompatyczne, ale bardzo ładne i zaskakująco pasujące. Nie jest to typowy wyciskający łzy z oczu finał, ale niewątpliwie ma potencjał, by wzruszyć widza.
Ocena: 5/10.
Niestety, piekielne Piekło zrobiło swoje.
Saint Seiya: the Lost Canvas
Studio: TMS EntertainmentRok: 2009 - 2011
Odcinków: 26
The Lost Canvas to seria OVA powstała na podstawie mangi autorstwa Shiori Teshirogi. Manga Saint Seiya: the Lost Canvas - the Myth of Hades jest spin-offem do oryginalnej serii Masamiego Kurumady przedstawiającą alternatywną historię poprzedniej Świętej Wojny. Początkowo miała ukazywać się równocześnie z nową mangą Kurumady, Saint Seiya: Next Dimension, dzięki czemu historia wcześniejszej wojny z Hadesem zostałaby ukazana z wielu perspektyw. Pomysł został jednak porzucony, gdyż obie mangi zbytnio różnią się od siebie.
![]() |
| [x] |
Pewnego dnia Tenma przypadkowo odkrywa u siebie zdolność do rozbudzenia energii kosmicznej. Traf chciał, że świadkiem tego wydarzenia jest Dohko, Złoty Rycerz Wagi (znany z klasycznego Saint Seiya jako stary mistrz, nauczyciel Shiryu), któy akurat przebywa w tamtej okolicy z misją. Ten sam traf najwyraźniej chciał, by Tenma dostał się pod skrzydła Dohko i przeniósł do greckiego Sanktuarium, by rozpocząć trening na rycerza. Wkrótce ponownie spotyka Sashę - a dwa lata później i Alone'a, który pozostał w sierocińcu. Jedno ze spotkań okazuje się wspaniałe, drugie - wręcz przeciwnie. Zbliża się bowiem kolejna Święta Wojna, czas starcia bogini Ateny z władcą świata zmarłych, Hadesem. Dwójka bogów musi najpierw przebudzić się w swoich ziemskich ciałach.
Ze wszystkich "dodatków" do właściwego Saint Seiya z lat osiemdziesiątych właśnie The Lost Canvas urzekło mnie najbardziej. Zawiera wszystko, czego oczekiwałabym po dobrym anime z gatunku fantastyczno-przygodowego: dynamiczny, logiczny i pozbawiony dziur scenariusz, masę ciekawych bohaterów posiadających własne historie i motywy działań, świetnie przedstawione walki, w których deus ex machina zastąpione zostaje wiarygodnym wyjaśnieniem, wspaniałą animację, piękną kreską oraz doskonale dobraną muzykę.
W wielu kwestiach The Lost Canvas bije klasyczne Saint Seiya na głowę. Autorka znakomicie dopracowała to, co Kurumada zdecydował się przedstawić pobieżnie w swojej serii. Zyskują przede wszystkim postacie; Atena z XVIII wieku przewyższa Saori Kido chyba we wszystkim: jest samodzielna, aktywnie wspiera swoich rycerzy w walce, i doskonale wie, co jako bogini powinna zrobić. Złoci rycerze zaś zachowują się tak, jak należałoby oczekiwać po elicie wojsk Ateny: są przywódcami, liderami i opiekunami, znają swoje zadania i nie poświęcają się bezmyślnie w imię pustych idei. Ich śmierć - jeśli następuje - nigdy nie idzie na marne.
Saint Seiya: the Lost Canvas to moim zdaniem bardzo poprawnie zrealizowane anime. Wciągające, chwilami mroczne, niepozbawione zabawniejszych momentów i wyprane ze znanych ze starego Saint Seiya przydługich mów motywacyjnych. Jego największą wadą jest długość: dwie serie OVA po 13 odcinków każda nie pokrywają całości dostępnego materiału. Seria jest urwana. By poznać zakończenie historii o "Zaginionym płótnie", należy sięgnąć po mangę.
Ocena: 9/10.
Saint Seiya Omega
Studio: Toei Animation
Rok: 2012 - 2014
Odcinków: 97
Rok: 2012 - 2014
Odcinków: 97
Saint Seiya Omega to seria stworzona całkowicie niezależnie i niejako z braku innych możliwości: producenci chcieli uświetnić dwudziestą piątą rocznicę powstania Saint Seiya, a powstająca aktualnie nowa manga Masamiego Kurumady, Saint Seiya: Next Dimension, nie dostarczała jeszcze odpowiedniej ilości materiału do zaadaptowania. Aby uniknąć konieczności wypełniania braków przypadkowymi fillerami, Toei Animation postawiło na całkowicie odrębną historię. Omega powstała we współpracy z Kurumadą, a przedstawiona w niej historia ma miejsce 25 lat po zakończeniu wojny z Hadesem - czyli, po szybkim przeliczeniu, w roku 2013 i 2014. Na początku dowiadujemy się jednak o wydarzeniach mających miejsce 13 lat przed właściwą akcją. Atena (która wciąż przebywa na Ziemi) odbyła wtedy walkę z bogiem Marsem. bitwę przerwał jednak nieoczekiwanie upadek meteorytu. Rycerzom udało się zapobiec nowej katastrofie, jednak cena, którą przyszło im zapłacić, była wysoka. Mars zaś uciekł, korzystając z zamieszania. Obiecał jednak, że wróci - i jak przystało na dobrego antagonistę, słowa dotrzymał i trzynaście lat później bezceremonialnie porwał Atenę. Tradycyjnie złego boga powinien powstrzymać Wszechmocny i Niepokonany Seiya. Rzecz jednak w tym, że kiedy był najbardziej potrzebny Seiya niczym Awatar zniknął. Los świata spoczął zatem w rękach grupy współczesnych nastoletnich rycerzy.
Akcja Omegi koncentruje się na grupce świeżo upieczonych rycerzy z brązu; znana z klasycznego Saint Seiya grupa pojawia się gościnnie w serii pierwszej i na dłużej w serii drugiej, służąc nowicjuszom swoim doświadczeniem. Ateny bronią zatem: Kouga - Rycerz Pegaza (Seiya jakimś cudem został Złotym rycerzem Strzelca), Souma - Rycerz Małego Lwa, Yuna - Rycerz Orła, Ryuuho - Rycerz Smoka (i syn swojego ojca), oraz Haruto - Rycerz Wilka. Okazyjnie wspiera ich Eden - Rycerz Oriona.
Przyznam, że Omega bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.Początkowo obawiałam się, że twórcy zaprezentują kolejną mdłą papkę z gatunku shonen, opowieść o chłopcu, który będąc dziedzicem osób Potężnych i Istotnych posiada moc, nad którą nie umie panować, ale i tak jej użyje do ratowania przyjaciół, choćby miało go to zabić. W międzyczasie wzdycha do najładniejszej dziewczyny, bądź jest obiektem westchnień przyjaciółki. Omedze udało się doskonale wbić w kanon gatunku shonen, jednocześnie unikając wielu typowych dla niego schematów. Nie mamy zatem głównego bohatera, którego priorytetem jest udowodnienie wszystkim swojej wartości, oraz walka według znanej z Saint Seiya metody polegającej na samotnym szarżowaniu na wroga; w Omedze duży nacisk położono na pracę zespołową drużyny. Nie ma również wciśniętego między walki wątku miłosnego. Pozostały jedynie przydługie Przemowy wygłaszane między jednym ciosem a drugim. Widać nawet 25 lat później wróg musi nasłuchać się o przyjaźni i braterstwie, zanim zostanie ogłuszony.
Pierwsza seria Omegi to doskonałe wprowadzenie w świat Saint Seiya. Niemal cała stanowi odnowioną i uwspółcześnioną wersję starego scenariusza, serii "Sanktuarium", pozbawioną jednocześnie błędów i dziur w warstwie logicznej popełnionych przez Kurumadę. Podobieństw jest tyle, że jeśli znamy stare anime, oglądanie Omegi możemy sobie urozmaicić grą w bingo. Nie można jednak nazwać tej serii wtórną: twórcy zadbali bowiem o rozwój postaci, stworzyli dla każdej indywidualną historię i dostarczyli im motywacji do działań. W podobny sposób rozwinięto też chyba wszystkich istotniejszych wrogów. Pozytywnie zaskakuje główny przeciwnik; co więcej, mimo schematycznego i tradycyjnego już porwania Ateny, sam finał do wyjątkowo schematycznych nie należy.
Druga seria to nowy wróg w osobie bogini Pallas. Do tego nowe miejsca, nowe plany, oraz nowy sposób walki zaprezentowany przez, o dziwo, Atenę. Rozwiązanie dla Saint Seiya nietypowe, świeże, inne - i przez to chyba kontrowersyjne dla starych fanów. Obok nowych projektów zbroi, wprowadzenia "elementów", których używają do walki rycerze, a także zaklęcia zbroi w kamienie, które nasi bohaterowie noszą jako wisiory, pierścionki, kolczyki i tym podobne ozdoby. Zamiast przywdziania pancerza ukrytego w skrzyni, mamy rycerską transformację w stylu Sailor Moon. Oczywiście wszystkie zmiany zostały ładnie wytłumaczone na łamach odcinków. Znamy zatem genezę kamieni zbroi oraz elementów w uniwersum Saint Seiya. Jak jednak wyjaśnić powody wprowadzenia ich przez twórców? Podobno jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze: zabiegi marketingowe, tworzenie podłoża pod gadżety, gry karciane i tak dalej. Niewielkie kamienie zbroi można łatwo kolekcjonować, zaś elementy można łatwo wykorzystać do stworzenia karcianki.
Saint Seiya Omega ogląda się bardzo przyjemnie. Po odrobinę nużącym (dla starszych fanów) wprowadzeniu otrzymujemy całkiem zgrabnie poprowadzoną akcję, przerywaną od czasu do czasu odcinkami wypełniającymi (bohaterom też potrzeba chwili oddechu). Walki nie są bezsensownie rozciągnięte, zaś finały nie są niepotrzebnie skrócone bądź rozwiązane z pomocą deus ex machina. Bohaterowie są ciekawi, co prawda dosyć schematyczni, ale nie nudni i irytujący.
Nie obyło się jednak bez wad. Najbardziej w oczy rzuca się dziwny sposób podróżowania bohaterów. Młodzi rycerze przemieszczają się na piechotę, bez używania mocy, ale jakimś cudem są w stanie w zdumiewająco krótkim (tak to w każdym razie wygląda) czasie przejść z Grecji do Chin, by zaraz znaleźć się w okolicy przypominającej Meksyk. Wydaje się, że świat, po którym się poruszają, jest jedną niezbyt wielką, ale zaskakująco różnorodną wyspą. Pozostaje także kwestia estetyki: kreska Omegi jest specyficzna, postacie mają komicznie wręcz spłaszczone nosy (w niektórych ujęciach wyglądają, jakby ich nie mieli). Kolory są za bardzo jak na Saint Seiya nasycone, zaś projekty nowych zbroi - momentami przekombinowane. Rażą także projekty postaci z drugiego i dalszych planów - nie raz twórcy, najpewniej tknięci lenistwem, postanowili nagryzmolić je byle jak, w dużym uproszczeniu i czasami nieproporcjonalnie.
Niemniej jednak Saint Seiya Omega to pozycja warta polecenia. Idealna dla młodszych widzów, chcących zapoznać się z nowym anime (przede wszystkim bezpieczna - seria z lat 80, w wersji oryginalnej okazuje się brutalna, zaś w wersji okrojonej, z polskim lektorem, jest na dzisiejsze czasy po prostu śmieszna). U starszych fanów, wychowanych na klasycznej wersji tego anime, nowa seria może wywołać mieszane uczucia. Mi osobiście bardzo się podobała. Nie jest to co prawda mój ulubiony dodatek do Saint Seiya, ale oglądało się go przyjemnie.
Ocena: 7,5/10.
Ładne, przyjemne, ale jednak... inne.
Sait Seiya jest serią, która zdecydowanie przetrwała dla mnie próbę czasu. Fakt, iż dodatkowe serie mnie wciągnęły, nie wywodzi się, moim zdaniem, z pustego sentymentu - bo jak inaczej wytłumaczyć to, że powstałe po latach serie Slayers, anime, które uwielbiałam, nie przypadły mi do gustu? Saint Seiya ma w sobie to tajemnicze "coś", co twórcom konsekwentnie udaje się przemycić w każdej serii anime. Niechlubnym wyjątkiem pozostają filmy (z Heaven Chapter - Overture na czele).
Ponieważ Masami Kurumada w dalszym ciągu tworzy mangę kontynuującą przygody Rycerzy Ateny, niewykluczone, że za pewien czas otrzymamy kolejną serialową produkcję spod znaku Saint Seiya. Póki co, pozostaje mi jedynie polecić przyjrzenie się kontynuacjom. Szczególnie tym nowszym. Szczególnie The Lost Canvas (które, moim skromnym zdaniem, ma nie do końca dobrze dopasowaną kategorie wiekową: aktualnie gatunek shonen nie jest tak brutalny, jak wymaga tego treść spin-offa pani Teshirogi).
Poniżej pierwszy opening z serii The Lost Canvas (różniący się od drugiego jedynie filmikiem):
![]() |
| Logo serii [x] |
Akcja Omegi koncentruje się na grupce świeżo upieczonych rycerzy z brązu; znana z klasycznego Saint Seiya grupa pojawia się gościnnie w serii pierwszej i na dłużej w serii drugiej, służąc nowicjuszom swoim doświadczeniem. Ateny bronią zatem: Kouga - Rycerz Pegaza (Seiya jakimś cudem został Złotym rycerzem Strzelca), Souma - Rycerz Małego Lwa, Yuna - Rycerz Orła, Ryuuho - Rycerz Smoka (i syn swojego ojca), oraz Haruto - Rycerz Wilka. Okazyjnie wspiera ich Eden - Rycerz Oriona.
Przyznam, że Omega bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.Początkowo obawiałam się, że twórcy zaprezentują kolejną mdłą papkę z gatunku shonen, opowieść o chłopcu, który będąc dziedzicem osób Potężnych i Istotnych posiada moc, nad którą nie umie panować, ale i tak jej użyje do ratowania przyjaciół, choćby miało go to zabić. W międzyczasie wzdycha do najładniejszej dziewczyny, bądź jest obiektem westchnień przyjaciółki. Omedze udało się doskonale wbić w kanon gatunku shonen, jednocześnie unikając wielu typowych dla niego schematów. Nie mamy zatem głównego bohatera, którego priorytetem jest udowodnienie wszystkim swojej wartości, oraz walka według znanej z Saint Seiya metody polegającej na samotnym szarżowaniu na wroga; w Omedze duży nacisk położono na pracę zespołową drużyny. Nie ma również wciśniętego między walki wątku miłosnego. Pozostały jedynie przydługie Przemowy wygłaszane między jednym ciosem a drugim. Widać nawet 25 lat później wróg musi nasłuchać się o przyjaźni i braterstwie, zanim zostanie ogłuszony.
Pierwsza seria Omegi to doskonałe wprowadzenie w świat Saint Seiya. Niemal cała stanowi odnowioną i uwspółcześnioną wersję starego scenariusza, serii "Sanktuarium", pozbawioną jednocześnie błędów i dziur w warstwie logicznej popełnionych przez Kurumadę. Podobieństw jest tyle, że jeśli znamy stare anime, oglądanie Omegi możemy sobie urozmaicić grą w bingo. Nie można jednak nazwać tej serii wtórną: twórcy zadbali bowiem o rozwój postaci, stworzyli dla każdej indywidualną historię i dostarczyli im motywacji do działań. W podobny sposób rozwinięto też chyba wszystkich istotniejszych wrogów. Pozytywnie zaskakuje główny przeciwnik; co więcej, mimo schematycznego i tradycyjnego już porwania Ateny, sam finał do wyjątkowo schematycznych nie należy.
Druga seria to nowy wróg w osobie bogini Pallas. Do tego nowe miejsca, nowe plany, oraz nowy sposób walki zaprezentowany przez, o dziwo, Atenę. Rozwiązanie dla Saint Seiya nietypowe, świeże, inne - i przez to chyba kontrowersyjne dla starych fanów. Obok nowych projektów zbroi, wprowadzenia "elementów", których używają do walki rycerze, a także zaklęcia zbroi w kamienie, które nasi bohaterowie noszą jako wisiory, pierścionki, kolczyki i tym podobne ozdoby. Zamiast przywdziania pancerza ukrytego w skrzyni, mamy rycerską transformację w stylu Sailor Moon. Oczywiście wszystkie zmiany zostały ładnie wytłumaczone na łamach odcinków. Znamy zatem genezę kamieni zbroi oraz elementów w uniwersum Saint Seiya. Jak jednak wyjaśnić powody wprowadzenia ich przez twórców? Podobno jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze: zabiegi marketingowe, tworzenie podłoża pod gadżety, gry karciane i tak dalej. Niewielkie kamienie zbroi można łatwo kolekcjonować, zaś elementy można łatwo wykorzystać do stworzenia karcianki.
![]() |
| Piątka głównych bohaterów serii. I Seiya [x] |
Nie obyło się jednak bez wad. Najbardziej w oczy rzuca się dziwny sposób podróżowania bohaterów. Młodzi rycerze przemieszczają się na piechotę, bez używania mocy, ale jakimś cudem są w stanie w zdumiewająco krótkim (tak to w każdym razie wygląda) czasie przejść z Grecji do Chin, by zaraz znaleźć się w okolicy przypominającej Meksyk. Wydaje się, że świat, po którym się poruszają, jest jedną niezbyt wielką, ale zaskakująco różnorodną wyspą. Pozostaje także kwestia estetyki: kreska Omegi jest specyficzna, postacie mają komicznie wręcz spłaszczone nosy (w niektórych ujęciach wyglądają, jakby ich nie mieli). Kolory są za bardzo jak na Saint Seiya nasycone, zaś projekty nowych zbroi - momentami przekombinowane. Rażą także projekty postaci z drugiego i dalszych planów - nie raz twórcy, najpewniej tknięci lenistwem, postanowili nagryzmolić je byle jak, w dużym uproszczeniu i czasami nieproporcjonalnie.
Niemniej jednak Saint Seiya Omega to pozycja warta polecenia. Idealna dla młodszych widzów, chcących zapoznać się z nowym anime (przede wszystkim bezpieczna - seria z lat 80, w wersji oryginalnej okazuje się brutalna, zaś w wersji okrojonej, z polskim lektorem, jest na dzisiejsze czasy po prostu śmieszna). U starszych fanów, wychowanych na klasycznej wersji tego anime, nowa seria może wywołać mieszane uczucia. Mi osobiście bardzo się podobała. Nie jest to co prawda mój ulubiony dodatek do Saint Seiya, ale oglądało się go przyjemnie.
Ocena: 7,5/10.
Ładne, przyjemne, ale jednak... inne.
Sait Seiya jest serią, która zdecydowanie przetrwała dla mnie próbę czasu. Fakt, iż dodatkowe serie mnie wciągnęły, nie wywodzi się, moim zdaniem, z pustego sentymentu - bo jak inaczej wytłumaczyć to, że powstałe po latach serie Slayers, anime, które uwielbiałam, nie przypadły mi do gustu? Saint Seiya ma w sobie to tajemnicze "coś", co twórcom konsekwentnie udaje się przemycić w każdej serii anime. Niechlubnym wyjątkiem pozostają filmy (z Heaven Chapter - Overture na czele).
Ponieważ Masami Kurumada w dalszym ciągu tworzy mangę kontynuującą przygody Rycerzy Ateny, niewykluczone, że za pewien czas otrzymamy kolejną serialową produkcję spod znaku Saint Seiya. Póki co, pozostaje mi jedynie polecić przyjrzenie się kontynuacjom. Szczególnie tym nowszym. Szczególnie The Lost Canvas (które, moim skromnym zdaniem, ma nie do końca dobrze dopasowaną kategorie wiekową: aktualnie gatunek shonen nie jest tak brutalny, jak wymaga tego treść spin-offa pani Teshirogi).
Poniżej pierwszy opening z serii The Lost Canvas (różniący się od drugiego jedynie filmikiem):




Uśmiałam się przy opisie Inferno i przy tym, że Ryuuho to syn swojego ojca :D Ogólnie fajna recenzja. Osobiście nie rozumiem, dlaczego ludzie hejtują Omegę. Omega jest po prostu inna, ale to nie znaczy, że jest gorsza. Mam wrażenie, że są za bardzo przywiązani do tego, co było, nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc, oryginalna seria jest cienka. A Lost Canvas z kolei to jeszcze inna bajka, bo kreska jest dojrzalsza, historia również nieco bardziej mroczna. Saint Seiya to kura znosząca złote jaja, jak dla mnie i obstawiam, że niedługo coś wyjdzie nowego (no i czekam na ten film w CGI w dobrej jakości). Żeby tylko jeszcze Kurumada się uczył na własnych błędach, to byłabym przeszczęśliwa.
OdpowiedzUsuńInferno to to, co będą puszczać przez wieczność w Piekle ;)
UsuńHejtują w dodatku za głupoty, zauważyłaś? Jak choćby za projekty zbroi - bo za dużo błyszczących kamieni, bo nie takie, bo coś tam. Fakt, że są mało "zbrojowe" a bardziej Sailorkowe (za bardzo przylegają do ciała jak na zbroje), ale serio, to nie jest powód do hejtowania. Zresztą treść mi rekompensuje dziwne zbroje i brak nosów :P Może chodziło też o nowe postacie, bo fani woleliby widzieć starą gwardię?
Ja liczę na jakiś zacny twór na trzydziestą rocznicę. I na zmianę zdania co do ekranizacji Lost Canvas >_>
Nie, to ja nie chcę iść do piekła D:
UsuńNo właśnie widziałam opinie na blogach z tumblra, że to jest głównie to, że nie ma starych bohaterów, że są oni na drugim planie. Ale jak oni to sobie wyobrażają? Że będzie powtórka z rozrywki, czy 40-latkowie sami będą się tłuc? Nawet w Dragon Ballu takich cudów nie było, a to przecież jest też shounen, a nie seinen.
Ja również na to liczę :3
...no właśnie. Może to jeszcze nie walki geriatryków, ale... XD
UsuńA mówiąc poważnie, twórcy mieli związane ręce pod tym względem. Kurumada rysuje Next Dimension, w którym BYĆ MOŻE starzy bohaterowie zyskają nowe skille - jeśli daliby im więc więcej do roboty, można będzie zarzucić brak ciągłości. W sumie i tak można, skoro wg. mang Shaka namaścił Shuna na nowego Rycerza Panny :P No i przecież starzy rycerze mają normalne zbroje z brązu, a nie te skrzydlate boskie, które pojawiły się w Hadesie. I tak dobrze, że twórcy wrzucili starych rycerzy, moim zdaniem. Mogli ich pominąć, żeby nie tworzyć niepotrzebnych sprzeczności.